* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 3 listopada 2012

Monika A. Oleksa: Ciemna strona miłości

Zysk i S-ka, Poznań 2012.

Sekret z przeszłości

Zaczyna się „Ciemna strona miłości” od trzęsienia ziemi (emocjonalnego), a potem napięcie rośnie. Oczywiście – jedynie w sferze obyczajowej, ale Monika A. Oleksa umiejętnie żongluje motywami i rozwija akcję tak, że czytelniczki nie będą mogły się doczekać dalszego ciągu. Jednocześnie staje się ta książka ważnym głosem w dyskusji na temat szczerości. Najbardziej intrygować w niej będzie pytanie, jak autorka rozwiąże kolejne problemy. Bo Oleksa nic nie obiecuje, potrafi najpierw zasugerować literacką idyllę, by za moment zburzyć misternie budowane szczęście i pozostawić odbiorców w dziwnym zawieszeniu pomiędzy realizmem i nadziejami.

Małgorzata ma nastoletnią córkę wkraczającą w okres buntu oraz kochającego męża. Ma też wielką tajemnicę – córkę, którą urodziła jako nastolatka i oddała obcym ludziom. Teraz owa córka, dorosła już Agnieszka, traci opiekunkę – a ta prosi, by Małgorzata udzieliła jej schronienia. Tyle że nikt poza Małgorzatą nie ma pojęcia, kim naprawdę jest Agnieszka. To właśnie owo trzęsienie ziemi z pierwszych stron powieści – dalej historia rozwijać się będzie w dwóch kierunkach – przez pryzmat doświadczeń Małgorzaty, którą czeka podejmowanie bardzo trudnych decyzji oraz z perspektywy Agnieszki, która stara się ułożyć sobie życie na nowo, zaczynając wszystko od zera. Monika A. Oleksa pozwala przywiązać się do obu bohaterek, z których każda ma swoje racje i swoje priorytety. I nawet kiedy skleja opowieść z fragmentów wielokrotnie powtarzanych, nadaje im nowe brzmienie przez aurę sekretu. Także przed czytelnikami motywacje Małgorzaty odsłania powoli – więc pytanie „jak” stale będzie tu aktualne.

Poza atrakcyjną i pełną zakrętów fabułą autorka mocno dopracowuje warstwę emocjonalno-uczuciową. Pojawia się tu niemal kompletny obraz matczynej miłości, tęsknota, znużenie konfliktami, zauroczenia, przyjaźnie, gniew, siostrzane więzi czy miłość dziadków. Rodzinne więzi prezentuje Oleksa z niemal wszystkich możliwych stron i nigdy nie są to błahe czy płaskie uczucia przedstawiane jedynie dla porządku. Autorka zawsze nadaje im rys prawdziwości, stara się je pokazać wielowymiarowo i bez sentymentów. Dobrym pomysłem stało się stworzenie w powieści oazy spokoju, azylu dla bohaterów – nawet ten motyw nie wybrzmiewa sztucznie.

U Oleksy bohaterowie rozmawiają tak, jak rozmawialiby w idealizowanej wizji, a nie w prawdziwym życiu. W rozbudowanych dosyć kwestiach nie ma nienaturalności, jednak autorka zawsze pozwala postaciom dokładnie nazwać swoje uczucia i wypowiedzieć ot, co czasem sprawia trudność. To rodzaj rekompensaty za oś napędową akcji – ukrywanie prawdy. Faktem jest, że gdyby Oleksa postawiła na bardziej zbliżone do rzeczywistości rozmowy, mogłaby szybko przekreślić szansę kontaktu między bohaterami. Tymczasem rozwiązania patowych sytuacji są znacznie ciekawsze niż same dyskusje i w efekcie na drobne odstępstwo od realizmu nie zwraca się uwagi.

„Ciemna strona miłości” to powieść rozrywkowa, ale nie banalizowana. Oleksa odrzuca w niej wygodne (a i poczytne) scenariusze, odchodzi od najbardziej typowych dziś w czytadłach dla pań pomysłów, za to przedstawia czytelnikom serię trudnych pytań. Oddala jednoznacznie optymistyczne fabuły i stawia na bardziej skomplikowane charaktery, tym samym może budzić ciekawość odbiorców. To książka z dobrym pomysłem, a w dodatku z tempem, które nie pozostawia czytelników obojętnymi. Spokój nadają w tej historii miejsca. Dynamikę wprowadzają ludzie.

piątek, 2 listopada 2012

Katarzyna Michalak: Poczekajka

Albatros, Warszawa 2012 (wznowienie).

Dystans i marzenia

„Poczekajkę” Katarzyny Michalak, książkę już wielokrotnie wznawianą, czyta się z uśmiechem na twarzy – i nawet gdy za sprawą burz w życiu bohaterki ten uśmiech czasami zgaśnie, na żal nie pozwoli stały optymizm zakorzeniony w narracji. Bo „Poczekajka” napisana została po to, by bawić (również autorkę) – i swoją rolę spełnia świetnie. Momentami zresztą przeradza się w parodię powieści obyczajowych, a ironia w tekście nie pozwala zapomnieć o umowności. To jednak nieważne, gdy na scenę wchodzi sympatyczna Patrycja, młoda pani weterynarz, która próbuje czasami przyciągnąć do siebie kochanka z marzeń.

Najpierw Patrycja trafia na sabat, ale naprawdę ciekawe rzeczy dzieją się gdy wróci do rzeczywistości. Katarzyna Michalak stworzyła satyrę na konwencję (którą zresztą konwencję w innych tomach wykorzysta całkiem poważnie) w czytadłach. Patrycja ucieka na wieś, do odludnej i rozpadającej się chatki. Ucieka od despotycznej rodzicielki, ale też ma nadzieję spełnić swoje marzenia – o znalezieniu prawdziwej miłości oraz o pracy z dzikimi zwierzętami (dzięki posadzie weterynarza w ZOO). Tyle że matka nie podda się łatwo i aby odzyskać kontrolę nad córką wyśle do niej nawet księcia z bajki (a to portret godny satyryka). Patrycja mimo oderwanych od rzeczywistości pomysłów twardo stąpa po ziemi. Do wymarzonego kochanka pisze listy pełne anegdot z pracy w ZOO. Czasem przez naiwność, czasem przez zdrowy rozsądek, a czasem dzięki przyjaciołom unika rozmaitych sideł. Owszem, zdarza się, że nago zbiera o północy składniki do miłosnej nalewki prowadzi bardzo barwną egzystencję, zupełnie obcą mdłym bohaterkom z realistycznych czytadeł.

Patrycja to bohaterka o bogatej osobowości. Ma też niezwykłych przyjaciół – między innymi dobrodusznego księdza-zielarza czy znającego się na magii Dziadka. Towarzystwa dotrzymuje jej Panda-pies, a współpracownicy bez przerwy dostarczają nowych anegdot. Niekiedy Patrycja jawi się jak typowa blondynka z kawałów, innym razem wykazuje się zadziwiającym rozsądkiem: w „Poczekajce” nie da się nią znudzić. W fabule pojawia się też prawdziwy czarny charakter i mroczna tajemnica z dawnych lat – czyli w zasadzie wszystkie składniki wciągającej opowieści.

Michalak przy takim skondensowaniu dziwnych, zabawnych i wyrazistych wydarzeń nie może sobie pozwolić na przezroczystą narrację, w związku z tymi w sam tekst wplata drobne żarty. Zdarza się jej ukrycie kpić z przebrzmiałych chwytów powieściowych („bo on to był”), albo budować przewrotne konstrukcje w oparciu o charakter bohaterki. Dzieje się tu dużo i szybko, a tempo podkreśla jeszcze humorystyczny język. Katarzyna Michalak wyposaża Patrycję w olbrzymie pokłady autoironii, co automatycznie wyklucza ckliwość i banał – w związku z tym postać może sobie pozwalać na dowolne wybryki: nigdy nie straci naturalności i wdzięku. Mało tego – chociaż Michalak wybiera karykaturę, nie zniechęci do swojej bohaterki, Patrycja zawsze będzie mogła liczyć na uznanie odbiorców.

„Poczekajka” to udana próba gry konwencjami – znajduje się tu wszystko, co zwykle powinno pojawiać się w dobrej powieści rozrywkowej – ale to wszystko przybiera mocno wyostrzoną formę. Nie chodzi przecież o to, żeby naśladować życie – Katarzyna Michalak chce raczej naśladować udającą życie bajkę. W pogodnym tonie nakazuje miłej postaci dążyć do spełnienia najskrytszych i najśmielszych marzeń, a przy okazji i nieźle się bawić. Napisaną z przymrużeniem oka „Poczekajkę” czyta się naprawdę dobrze – to pozycja wymarzona dla tych wszystkich, którzy dość mają jednokierunkowych i śmiertelnie poważnych historii o kiełkującym uczuciu. Dystans do świata to recepta na sukces. Pomysł na „Poczekajkę” mógł sprawdzić się tylko raz – i okazał się ciekawym komentarzem do literatury rozrywkowej dla pań.

czwartek, 1 listopada 2012

Wojciech Mann: Kroniki wariata z kraju i ze świata

Znak, Kraków 2012.

Dziwny świat

Mariaż zawsze logicznej ironii oraz nonsensu to znak rozpoznawczy postaci powołanych do życia przez Wojciecha Manna. Bohaterowie audycji radiowych powracają w tomie Znaku „Kroniki wariata z kraju i ze świata” – i dostarczają rozrywki w najlepszym gatunku. Króluje na kartach tej książki czysty komizm : autor o nic nie walczy i niczego nie chce uzyskać, bawi się skojarzeniami i buduje serie absurdalnych scenek, które pośrednio wskazują na nieokiełznane charaktery rozmaitych indywiduów. Skojarzenia, które nie miałyby racji bytu w zwykłym tekście, tu stają się dowodem na niebanalne poczucie humoru autora. Powiedzieć, że po tę książkę sięga się dla rozrywki, byłoby nieuzasadnionym uproszczeniem. Przy lekturze można bawić się znakomicie pod jednym warunkiem – należy całkowicie odrzucić znane i sprawdzone scenariusze, stereotypy czy kreacje – i pozwolić działać całej galerii dziwaków.

Żelazny karzeł Wasyl gromadzi wokół siebie wiele zwierząt z lasu i niemal w każdym odcinku historii o sobie ginie śmiercią równie tragiczną co widowiskową. W dziennikach o Koźlikach czytelnicy poznają skomplikowane perypetie pewnego małżeństwa, a i przebogaty zestaw konfliktów mających swoje źródło w damsko-męskich nieporozumieniach. Dla równowagi zapewne doradztwem intymnym zajmuje się niejaki Gandalf, starannie segregujący listy od zrozpaczonych słuchaczy. Obok Gandalfa również magister Czupurny udziela przeróżnych porad. Doktor Wycior ujawnia się w zapiskach z pamiętnika, a i w dialogach z panem Heniem oraz personelem medycznym – za każdym razem udowadniając, że cienka jest granica między byciem lekarzem a byciem pacjentem. Do tego dochodzi kilka lekcji angielskiego, zabawy dla dzieci, garść ogłoszeń i newsów z kraju i ze świata, miniatur, które – tak jak cała książka – służą beztroskiej zabawie. Czasem autor tworzy dowcipne sytuacje, innym razem koncentruje się na infantylizmie rymów. Bohaterom pozwala na wszystko, co nie mieści się w granicach rozsądku. Stawia na żywioł – i różne oblicza nonsensu.

Książka jest bogato ilustrowana, a opracowanie graficzne dobitnie świadczy o jej programowej niepowadze. Odkrywanie pozasłownych żartów zamieszczonych w tomie będzie dla odbiorców dodatkową atrakcją. Zresztą „Kroniki wariata” nie nadają się dla ponuraków. Warto zaznaczyć, że książka stanowi odskocznię od codziennych trosk, a także i biegun przeciwny do tego, co prezentują dziś uwielbiane przez masową publiczność kabarety. Inteligentny humor, drobne złośliwości i zabawa dla samej zabawy to wyznaczniki tomu i stałe punkty kolejnych tekstów. Swoboda twórcza prowadzi często do niezwykłych odkryć, a Wojciech Mann czerpać może satysfakcję z wcielania się w kolejne, coraz dziwniejsze postacie.

Autor wybiera formy i gatunki, które pozwalają mu na całkowitą swobodę twórczą, a jednocześnie uniemożliwiają popadnięcie w rutynę i znudzenie odbiorców. Wszystkie zamieszczone tu utworki są krótkie – pozwalają wstrzelić się w klimat przedstawianych środowisk, a przy tym wykluczają przewidywalność. Z chaosu powoli wyłaniają się dobrze przemyślane światy – dyscyplina myślowa nie ujmuje im przecież absurdalności.

Każdy, kto zetknął się z poczuciem humoru Manna, będzie chciał tę książkę czym prędzej przeczytać – ale pośpiech w lekturze nie jest wskazany, najpełniej komizm ujawni się w stopniowym odsłanianiu kolejnych pomysłów i w delektowaniu się historiami, jakich niewiele na rynku wydawniczym. Kiedy większość twórców wybiera wygodne, bo poszukiwane przez wydawców, reagowanie na sprawy aktualne, Mann zamyka się w świecie wolnym od codzienności i do tej specyficznej przestrzeni zaprasza rozmiłowanych w nonsensie odbiorców. A ci, którzy lubują się w anegdotach, celnych ripostach i rozmowach prześmiewców, ucieszą się dodatkowo ze wstępu – bardzo w stylu środowiska towarzyskiego Znaku.

środa, 31 października 2012

Małgorzata Strzałkowska: Pejzaż z gżegżółką, czyli językowy zawrót głowy

Media Rodzina, Poznań 2012.

Do słuchu

Małgorzata Strzałkowska budzi często podziw, tworząc logopedyczne rymowanki i łamańce językowe. W „Pejzażu z gżegżółką” po raz kolejny tworzy dla młodych odbiorców serię wierszyków, które pomagać mają w sztuce mówienia. Maluchy będą mogły wyćwiczyć wymawianie określonych grup głosek, powtarzając zabawne, a czasem bardzo trudne utworki. Dwa oblicza ma „Pejzaż z gżegżółką”. Chwilami jest to powrót do najlepszych tekstów Strzałkowskiej, imponujących pomysłów i budzących podziw literackich miniaturek, które rozbawią i pouczą. Czasem natomiast wkrada się w teksty rutyna, powtarzanie schematów i rymy gramatyczne, które sprawiają wrażenie wymuszonych czy infantylnych, a także mocno pedagogiczne morały. To ostatnie nie dziwi: lektury dające się ocenić jako edukacyjne cieszą się większym zainteresowaniem wydawców. Z tego też względu Strzałkowska zamieszcza na końcu tomu słowniczek trudniejszych pojęć, a czasem pisze wierszyki, które przy zwykłym odczytaniu będą dla dzieci niezrozumiałe (jak na przykład bajka z ziemniakami), za to ciekawe pod względem fonetyki.

Dużo jest w „Pejzażu z gżegżółką” wyliczeń. Autorka na bazie piętrowych wyliczanek układa kolejne zwrotki dłuższych wierszyków. To prawdziwe wyzwanie dla odbiorców, bo nie lada sztuką jest prawidłowe wymówienie wszystkich trudnych nazw. Maluchy mogą też zostać rozbawione skomplikowanymi i obco brzmiącymi wyrazami. Tyle że to zabawa, która może się znudzić – bo wyliczenia, poza atrakcyjną warstwą brzmieniową, nie niosą przecież żadnej dodatkowej treści i mocno ustatyczniają tekst. Polskie rzeki, miejscowości, nazwy zawodów, przypadkowe zbitki podobnie brzmiących wyrazów i… palindromy. To zajmie dzieci na długo – ale nie wiadomo, czy uda się kilkulatkom zapamiętać zwrotki-wyliczanki – a przynajmniej – czy będą chcieli mali czytelnicy wracać do takich bajek-niebajek, gdy osłuchają się już z nimi i oswoją z pierwszą radością kaskady dźwięków.

Najlepiej sprawdza się Strzałkowska tam, gdzie porzuca moralizowanie i pouczanie, a stawia na dobrą zabawę. Nie rezygnuje z zaskoczeń głoskowych i radzi sobie z absurdem. Najkrótszymi dowcipnymi logopedycznymi rymowankami przekona do siebie dzieci i ich rodziców – tu udowadnia, jak dobrze da się pogodzić językowe wyzwania z humorem i żartem. Zróżnicowaniu tematycznemu odpowiada tu również urozmaicenie sfery brzmieniowej – kolejne wierszyki pomagają w wyćwiczeniu innych głosek. Wiadomo, że rytm nadają tu konkretne dźwięki – właśnie z nastawienia na nie rodzi się tak miły dla najmłodszych absurd. Kilkulatki ucieszą się z rozmaitych aliteracji, bez wnikania w treść – w „Pejzażu z gżegżółką” Strzałowska czasami tworzy historyjki pozbawione sensu, za to zachwycające od strony dźwiękowej. Raz uruchamia też onomatopeje, co pozytywnie nastroi do lektury wszystkie maluchy.

Autorce z pomocą przychodzą i mechanizmy słowotwórcze. Strzałkowska chętnie sięga po nasycone emocjonalnie, nieobojętne stylistyczne formy, jeśli tylko może jej to wzbogacić głoskowe powtórzenia w tekstach. Pokazuje przyjemność tworzenia utworków logopedycznych – dzięki niej dzieci chętniej przystępować będą do żmudnych ćwiczeń. Nieprzypadkowo tomik ma podtytuł „językowy zawrót głowy”. Zdarza się, że drobne fragmenty nadają się nawet na dyktanda o wysokim stopniu trudności. Warto rozważyć i ten aspekt wierszyków z „Pejzażu”.

Małgorzata Strzałkowska zajęła się tu również stroną graficzną: kolejne teksty zostały ozdobione jej kolażami, pomysłowymi wycinankami i bohaterami z bajek: można pozazdrościć autorce talentu i graficznej wyobraźni. A jednocześnie trochę szkoda, że tło kredowych kartek zawsze pozostaje białe, jakby przypominało o poważnym w istocie przeznaczeniu książki. Przydałoby się tu jeszcze trochę koloru, by ostatecznie wtrącić małych odbiorców w przebogaty świat możliwości, jakie daje językowa wyobraźnia. Chyba że autorka wolała skupić się na płaszczyźnie brzmienia – co zresztą w pełni zrozumiałe.

wtorek, 30 października 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich

WNK, Warszawa 2012.

Powrót do Gutowa

Kiedy w „Cukierni pod Amorem” Małgorzata Gutowska-Adamczyk tworzyła historie z minionych wieków, czytało się je z zapartym tchem. Kiedy wracała do teraźniejszości, widać było pewną naiwność, właściwą bardziej powieściom dla młodzieży. W cyklu „Podróż do miasta świateł” infantylności już nie ma – tom „Róża z Wolskich” pozwala czytelnikom na swobodne przemieszczanie się między dziewiętnastowiecznym Paryżem i Warszawą z 2011 roku, a później i współczesnym Gutowem. Małgorzata Gutowska-Adamczyk ponownie zaprosi do okolic czytelniczkom już znanych i znowu przypomni o losach przedstawicieli kilku rodów – teraz z innej perspektywy. Jest zatem „Róża z Wolskich” nie mniej ciekawa od „Cukierni”, a na pewno dużo bardziej dojrzałą i atrakcyjna dla odbiorców. W swoich tomach „sagowych” zaczyna ta autorka przypominać historyczne powieści Joanny Chmielewskiej – to ten sam smak i radość z obcowania z żywą historią.

W „Róży z Wolskich” dwie opowieści – ta współczesna i ta dawna – przeplatają się ze sobą, lecz i dziwnie wiążą. Nina, wykładowca na uniwersytecie, jest zdominowana przez toksyczną matkę, zaborczą i despotyczną. Sto pięćdziesiąt lat wcześniej podobne męki przeżywa Róża, córka zesłańca na Syberię. Bez przerwy strofowana i karcona dziewczynka nie potrafi w dorosłym życiu ułożyć sobie relacji z innymi. Nina trafia do Gutowa i tam odkrywa ślady obecności Róży, słynnej malarki. Tymczasem beznadziejnie zakochana w księciu Róża próbuje zawalczyć o własną tożsamość w Paryżu, mieście świateł.

W dwóch światach autorka skupia się tym razem nie na szaleńczej pogoni przez dzieje, a na dwóch uczuciach – trudnych relacjach matki i córki oraz miłościach wzgardzanych córek. Każda z bohaterek ma inne zmartwienia: Róża nie mówi i zmaga się z niewyobrażalną biedą, Nina musi zorganizować pogrzeb nieznanej ciotki. Obie mimo bezustannej krytyki kochają swoje matki – i obie też chcą ułożyć sobie życie. Chociaż tło wydarzeń i okoliczności, zwyczaje, mody, możliwości i konwenanse dzielą te dwie bohaterki, w sferze uczuć nic się przez wieki nie zmienia. Co zresztą sprawia, że obie kobiety staną się czytelniczkom bardzo bliskie. Gutowska-Adamczyk chętnie ucieka do oswojonego już i klimatycznego Gutowa, ale tym razem nie musi zasłaniać się urokliwą atmosferą – przedstawia bowiem postać wiarygodną i interesującą. W przeszłości z kolei od dawna czuje się wyśmienicie – udowadnia to nawet po zmianie miejsca: dzięki kwerendom Marty Orzeszyny może odwoływać się do tła historycznego swobodnie. Tylko momentami ma się wrażenie, że za dużo chce zobrazować i wytłumaczyć – kiedy skupia się na opisywaniu rzeczywistości zamiast na wydarzeniach. To konieczne dla przekonania czytelników i nakreślenia kolorytu lokalnego, mimo że we współczesnej powieści byłoby zbędne.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk chętnie wraca do tego, co uwielbiają jej czytelniczki. Wyraźnie najlepiej czuje się w przedstawianiu dziejów przodków (przodkiń!), z przyjemnością zanurza się w historii i opowieściach z dawnych wieków. Rozkoszuje się tym, co ma do zaoferowania przeszłość – a jednocześnie udowadnia, że uczucia bohaterek są uniwersalne i nie zmieniają się – bez względu na otoczenie czy zwyczaje. Dzięki temu też zaskarbia sobie autorka uznanie odbiorczyń. W ujęciu Gutowskiej-Adamczyk minione wydarzenia historyczne liczą się mniej niż kwestie obyczajowości oraz mentalności ludzi. Autorka unika czerpania ze stereotypów, chce znajdować decyzje i postawy powtarzalne w różnych wiekach i zawsze wiarygodne, a mimo to zachowujące pozory jednostkowości. Oczywiście gdyby skupiała się Gutowska-Adamczyk wyłącznie na międzyludzkich relacjach, w końcu stałaby się męcząca. Jednak ona umiejętnie i z coraz większą wprawą wyważa proporcje między sferą uczuć, pasjami i marzeniami bohaterek, a przedstawianiem czasów, w których przyszło im żyć. Tu jeszcze motyw nieśmiertelności zwyczajnych kobiet – możliwości przetrwania w zapiskach, dokumentach czy nawet dziełach – niesie pociechę i obietnicę przetrwania.

Poza wszystkim staje się „Róża z Wolskich” tomem atrakcyjnym jako czytadło. Pozwala zanurzyć się w nieistniejący i odległy świat i przeżywać losy postaci z całą siłą. Akcja toczy się tu wolniej niż w „Cukierni”, można zatem na dłużej pozostać z bohaterkami – a dzięki międzylekturowym nawiązaniom ma się cały czas wrażenie przebywania w sielskim i idyllicznym Gutowie.

poniedziałek, 29 października 2012

Anna Ficner-Ogonowska: Krok do szczęścia

Znak, Kraków 2012.

Odwlekanie przyjemności

Już wiadomo, że oboje pragną siebie, kochają się i chcą być razem – bo tę informację przyniósł bestsellerowy tom „Alibi na szczęście”. „Krok do szczęścia” jest zatem przedłużeniem przyjemnego oczekiwania: nie przewiduje odstępstw od upragnionego i baśniowego, idealistycznego finału, za to pozwala jeszcze przez pewien czas odwlekać to, co nieuchronne. Nie ma tu zaskoczeń co do postaw Hani-mimozy i wytrwałego w jej zdobywaniu Mikołaja, kreatywnością za to popisuje się Anna Ficner-Ogonowska w przedstawianiu Dominiki: ta drugoplanowa postać bardzo ubarwia fabułę.

Wszystko jest więc już znane z „Alibi” i „Krok do szczęścia” to przede wszystkim pozycja dla tych, którym mało było po pierwszej części romantycznych wrażeń. Na płaszczyźnie uczuciowej nic się nie zmienia, tyle że do traumy z przeszłości Hanki dochodzi kilka nowych wstrząsów – wszystko po to, by radość z nowego związku nie nastała zbyt szybko i nie zdążyła się znudzić. W „Kroku do szczęścia” pewne schematy zachowań zaczynają się powtarzać – byłaby to wada w lekturze, gdyby nie fakt, że po tę książkę sięga się właśnie dla takich opisów. Ficner-Ogonowska daje gwarancję, że wszystko się ułoży – bez względu na to, jakie przykrości pojawią się po drodze. Zapewnia ucieczkę od normalności, obecność arcycierpliwego księcia z bajki – ideału z marzeń wielu odbiorczyń. Może nawet ukryć w ten sposób fakt, że główna bohaterka jest istotą bez wyrazu, mdławą i zawsze wystraszoną, zbyt kruchą, by samodzielnie przetrwać. W końcu nie chce autorka opowieści naśladującej życie – zamierza za to owo życie udawać, w jego poprawionej i polepszonej wersji.

Żeby nie zamęczyć odbiorców szamotaniną zakochanych, sięga autorka głębiej, do relacji rodzinnych postaci. Wprowadza na scenę parę nowych osób, z pola widzenia usuwa za to niepotrzebne już sylwetki – żeby nadać rytm temu, co dzieje się między parą z „Alibi”. Tworzy powieść romansową, wyraźnie wychodzącą naprzeciw oczekiwaniom czytelniczek. TA książka ma bowiem pełnić funkcję ciepłego koca i kubka z herbatą, zapewnić psychiczne przytulenie i poczucie błogości, ma przynosić wytchnienie i odwracać uwagę od codziennych spraw, ma wreszcie pomóc wyartykułować marzenia wszystkim romantyczkom i idealistkom. Chociaż wiadomo, że taki świat, jaki proponuje Ficner-Ogonowska, nie istnieje, w tomie jest na wyciągnięcie ręki. Znalazłoby się tu wiele uproszczeń, które łatwo skrytykować i wyśmiać – ale takiej właśnie historii skrycie lub całkiem jawnie pragnie wiele odbiorczyń. To książka na wskroś kobieca.

Dwie sfery języka – drobiazgi w sumie – są tu według mnie całkiem zbędne. Nie mówię już o nieszczęsnych zdrobnieniach, które gdzieś czasem się przebijają, zapewne by sugerować ciepło i sympatię, zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawią się dzieci. Ale Ficner-Ogonowska w warstwie językowej kusi się na eksperymenty nie do końca udane (mam świadomość, że dla właściwego targetu książki – idealne). Po pierwsze – ni z tego ni z owego Hanna zaczyna pisać wiersze (czyżby ciąg dalszy stereotypu polonistki? Koniec z językową pruderią, za to pojawiają się liryczne ciągoty…). Po drugie – jest tu Aldonka, która nie potrafi powiedzieć zdania bez rymu. To budzi podziw rozmówców, podziw jak najbardziej niezasłużony, bo rymy to w większości albo oklepane, albo częstochowskie, a taki przerost formy nad treścią uprzykrza lekturę. Rozumiem, że autorka chce jakoś indywidualizować postacie – jednak w tym wypadku wybrała nienajlepsze rozwiązanie. Części się spodoba, ale wiele osób będzie zgrzytać zębami. Warto też pamiętać, że został tu zachowany zwyczaj z pierwszej części – osobliwa gra zaimkami. Jeśli zatem nagle w obrębie akapitu a nawet zdania bez uprzedzenia zmieni się podmiot, trzeba tylko pamiętać, że z pewnością chodzi o Hankę albo o Mikołaja. I już uproszczenie nie będzie wprowadzać komunikacyjnego chaosu.

W konwencji czytadeł dla pań Anna Ficner-Ogonowska uplasuje się z „Krokiem do szczęścia” bardzo wysoko. Ta powieść ma dostarczać przyjemności – i to właśnie robi, jeśli sięga po nią ktoś, kto ma ochotę na miłość jak z bajki. Fabuła praktycznie nie ma tutaj znaczenia, bo wszystko rozgrywa się na planie emocji – i to emocji bardzo intensywnych. Autorka podsyca jeszcze wrażenia, posługując się pięknym językiem i zabiegiem odsuwania w czasie ostatecznego spełnienia. Daje czytelniczkom powieść, jaką sama chciałaby przeczytać i to sprawia, że zyska sobie ich uznanie. Książka jest na tyle atrakcyjna, by zastąpić seriale obyczajowe – i przypadnie do gustu odbiorczyniom w każdym wieku – jeśli tylko te odbiorczynie będą zainteresowane sercowymi perypetiami postaci.

niedziela, 28 października 2012

Lucyna Olejniczak: Jestem blisko

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Irlandzka tajemnica

Lucyna Olejniczak w swojej obyczajowo-sensacyjnej powieści „Jestem blisko” robi dwie rzeczy, które weryfikują stosunek do książki w trakcie czytania. Wyposaża swoich bohaterów w wyraziste charaktery i postawy, które nie wszystkich w równym stopniu rozbawią – i rozkręca fabułę w chwili, gdy ma się już ochotę odłożyć tom. Właściwie ma to ze sobą ścisły związek: z chwilą rozkręcenia akcji przestaje się skupiać na nieistotnych i często lekko irytujących kreacjach postaci, więc można zacząć śledzić wydarzenia bez poczucia, że coś tu nie wyszło jak trzeba.

Lucyna i Tadeusz to para w średnim wieku, lecz przeżywająca wciąż fascynację sobą. Bohaterowie wylatują do Irlandii, by miło spędzić czas u przyjaciół. Na miejscu Lucyna próbuje – raczej niemrawo – poznać sprawę tajemniczej śmierci pięknej dziewczyny, która dawno temu mieszkała w domu irlandzkich gospodarzy. Przestrzeń uzupełnia druga starsza para – pan Władysław, mający bardzo zawyżone mniemanie o swoich paranormalnych talentach – i Misiaczek, jego zaborcza małżonka, niezdająca sobie sprawy z własnej śmieszności. Próby wskrzeszania przeszłości nie ożywiają sennej atmosfery do momentu, w którym ginie córka gospodarzy.

Długo się ta powieść rozkręca. Lucyna Olejniczak próbuje pisać trochę w stylu Joanny Chmielewskiej, ale zamiast postaci z krwi i kości tworzy ich karykatury. Wygląda to trochę tak, jakby przenosiła na karty książki realne sprawy i sylwetki własnych przyjaciół, ufając, że przy tym atmosfera przeniesie się sama. Do tego jednak długo nie dochodzi i trudno w zasadzie znaleźć w bohaterach cech budzące sympatię obcych ludzi. Przyjaciele tolerują swoje słabości i dobrze czują się we własnym gronie, natomiast niewiele mają do zaoferowania obserwatorom z zewnątrz (czyli, na przykład, czytelnikom). Plusem może być fakt, że dalecy są od stereotypowych postaci w obyczajówkach: choćby opis zauroczenia Lucyny i Tadeusza przypomina bardziej euforię i naiwność nastolatków niż związek dojrzałych ludzi. Dla części odbiorców będzie to zaburzenie w konstrukcji charakterów, dla części – przyjemne odejście od schematów.

W „Jestem blisko” bardzo wiele rzeczy pozostawia się przypadkowi, niedookreślonym i mglistym przeczuciom i domysłom. To, że Władysław uparcie próbuje wróżyć, choć nie ma o tym najmniejszego pojęcia, stanowi zabieg komiczny. Ale już wizje Lucyny dają wrażenie przesytu – a powinny być zapowiedzią niespodzianki czy zadatkiem tajemniczego nastroju. Trochę niepotrzebnie mnożą się tu złowieszcze znaki, przesądy i dziwne zjawiska – przesyt sprawia, że nie wywołają one odpowiedniego wrażenia. Widać po nich, jak bardzo autorka chce zmienić klimat i zacząć przyzwyczajać czytelników do nietypowej przygody – ale to nie musi wystarczać.

I kiedy już wydaje się, że autorka nie wybrnie z zamkniętego kręgu dobrych znajomych, i że nie wciągnie czytelników w fabułę, wszystko się zmienia. Pojawia się wątek kryminalny, w którym Olejniczak wyraźnie dobrze się czuje, pojawia się humor niewymuszony kreacjami postaci, całkiem udany, pojawia się zagadka, o której rozwiązanie nie będzie tak łatwo – i odbiorcy wpadają po uszy w historię, której się nie spodziewali. Tym samym wynagradza Lucyna Olejniczak hermetyczność początkowego fragmentu, zamienia powieść w ciekawe czytadło. Nie przekształca bohaterów – ale kiedy nadaje sens ich działaniom, przesada przestaje razić. Gdyby nabudowywanie postaw pod akcję kryminalną trwało krócej, nie udałoby się osiągnąć zamierzonego efektu – a jednak można było początek wyważyć inaczej, lepiej by się w tomie sprawdził.

Narracja sprawia tu wrażenie mocno osobistej, jakby Lucyna Olejniczak materiał do tworzenia postaci czy relacji między nimi czerpała z własnego doświadczenia. Wykazuje spore zaangażowanie emocjonalne – wybrała zatem prawidłowo pierwszoosobową narrację, prowadzoną przez Lucynę. To wyjaśnia stosunek do bohaterów, do których trzeba się przyzwyczaić, zanim się ich polubi. To również pozwala zrozumieć istnienie określonej, subiektywnej płaszczyzny humoru i zjawisk, które nie zawsze budzą bezkrytyczny uśmiech. Lucyna Olejniczak stara się pisać pogodnie i z nutą tajemnicy.