* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 5 sierpnia 2012

Anita Głowińska: Kicia Kocia i straszna burza

Media Rodzina, Poznań 2012.

Spacer

Zakazy pojawiają się czasem zupełnie niespodziewanie, w historiach, których się o nie nie podejrzewa. Tomik „Kicia Kocia i straszna burza” opowiada o przygodach znanych już najmłodszym czytelnikom bohaterów, którzy tym razem wychodzą na spacer, by wspólnie się bawić. Wkrótce jednak ma nadejść burza, przed czym ostrzega dzieci tata Kici Koci. I on w całej książeczce będzie stróżował i tłumaczył maluchom, czego podczas burzy robić nie mogą. W jego towarzystwie bohaterowie są bezpieczni, a i nie boją się tak bardzo (zresztą strachu Anita Głowińska stara się nie dopuszczać do świadomości czytelników, wymyśla za to, że głośnym śpiewaniem można odwrócić uwagę od piorunów – i to zaleca). Przy okazji odbiorcy dobrze zapamiętają zakazy wygłaszane przez tatę Kici Koci: w rysunkach są one ujęte w ramki, by podkreślić ich znaczenie. Niezmienna budowa zdań w przestrogach wpływa na zrytmizowanie tekstu, a tym samym i na jego funkcje mnemotechniczne. Nie koniec na tym: wszystkie uwagi do zapamiętania zostały przedstawione większą czcionką i jaskrawym kolorem, tak, że dzieci na pewno ich nie przeoczą i nie zignorują.

Poza wartością edukacyjną, jak zwykle u Anity Głowińskiej, funkcjonuje tu i warstwa rozrywkowa – bohaterowie chcą się razem pobawić (zupełnie tradycyjnie, bo na podwórku, a nie przed komputerem) i ze spędzania czasu na świeżym powietrzu, mimo chłodu, czerpią sporo radości. Niestraszne im zimno ani deszcz, a nawet sama burza, którą da się przekształcić nawet w rozrywkę (a przynajmniej w ciekawe urozmaicenie spaceru). Głowińska pokazuje zatem pokoleniu wychowywanemu na komputerach, że pogoda nie musi przeszkadzać dobrej zabawie – i że spacer może przynieść sporo niespodzianek. Tym razem Kicia Kocia nie musi rezygnować z dobrego humoru i nie da się ponieść złym emocjom. Żadne negatywne uczucia nie mogą się w tej historyjce pojawić, bo zburzyłyby spokój niezbędny do kontrolowania sytuacji. W końcu Anita Głowińska nie ma zamiaru zastraszać maluchów – a że burza należy do czynników stresogennych, nie wolno nawet autorce podsuwać dzieciom myśli, że jest się czego bać. W tym wypadku stres nie działałby motywująco, a wyzwoliłby niepotrzebne lęki. Na szczęście Głowińska jest już doświadczoną autorką bajeczek edukacyjnych i wie dobrze, jak mówić do dzieci. Jej książki są na tyle ciekawe, że dystansują inne publikacje o podobnych przesłaniach – dzięki zgrabnym mikrofabułkom, namiastkom akcji, które uzasadniają wplecione w tekst aspekty pedagogiczne, wychowawcze i objaśniające świat.

Jak zwykle też autorka – a zarazem ilustratorka – przedstawia przygody Kici Koci na ślicznych i naiwnych w kresce (a właściwie pozornie naiwnych) malunkach. Nierówne kontury i ślady pędzla dodają tym obrazkom uroku i zapewne ucieszą maluchy – a to z racji wyraźnych kształtów i mocnych kolorów. Jednak nie tylko dzieciom spodobają się ilustracje z całej serii. W tomiku „Kicia Kocia i straszna burza” jedynie pioruny zaznaczone są na czerwono, zapewne by utrwalić w dzieciach zasady, których należy podczas burzy bezwzględnie przestrzegać. Głowińska chętnie maluje roześmianych bohaterów w różnych sytuacjach, a w dalszoplanowych obrazkach chętnie wstawia dyskretne wzorce zachowań (na przykład tata Kici Koci w wolnej chwili czyta książkę). W ten sposób Anita Głowińska może pozostać chętnie czytaną mentorką maluchów, a przy tym bez męczenia dzieci jedynie słusznymi wskazówkami podsuwać im – przez swoich bohaterów – najlepsze wybory oraz możliwości. Nie dość, że Kicia Kocia objaśnia świat, to jeszcze nudzić się z tą małą bohaterką naprawdę nie sposób.

sobota, 4 sierpnia 2012

Izabela Pietrzyk: Wieczór panieński

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Dialog pań

„Wieczór panieński” to lektura idealna wprost dla tych czytelniczek, które uwielbiają babskie plotki i opowieści o prawdziwych przyjaciółkach. Od początku brzmi niemal jak chicklit, tyle że bohaterki wiekowo w ten akurat gatunek się nie wpisują (chociaż uparcie tytułują siebie „Dziewczynkami”, mają już dorosłe dzieci). Szybko też okazuje się, że Izabeli Pietrzyk zależy bardziej na piętrzeniu anegdot niż budowaniu faktycznej akcji – owszem, po setnej stronie postacie kończą pierwsze posiedzenie i zmieniają przestrzeń, ale na akcję przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Autorka woli umieszczać istotne i nieistotne opowieści w dialogach bohaterek, zatracając się bez reszty w ich słowach, Nie musi dzięki temu zwracać uwagi na otoczenie – a odbiorczynie chce kupić specyficznym, bo mocno kąśliwym poczuciem humoru pań, które, chociaż skoczyłyby za sobą w ogień, wykorzystują każdą okazję do złośliwych docinków czy wypominania gaf.

W „Wieczorze panieńskim”, a dokładniej w powieściowej codzienności, dzieje się niezbyt wiele, a to, co się dzieje, przypada bardziej na drugą połowę tomu. Pietrzyk wybrała taki sposób oswajania odbiorczyń z wyrazistymi bohaterkami, a świadoma faktu, że buduje charaktery zamaszyście i nie do końca prawdopodobnie (przez wysokie stężenie ironii), próbuje oszczędzić sobie zawiłych tłumaczeń. Kiedy bohaterki we własnym gronie udowodnią, do czego są zdolne, łatwiej będzie zrozumieć ich motywacje, gdy panie wyruszą na szlak wyznaczany przez śluby. W tym sfeminizowanym gronie mężczyzn pojawia się niewielu i pełnią raczej marginalne role, nie trzeba się zatem obawiać widma idealnego faceta. Bo w ujęciu Izabeli Pietrzyk ideałów nie ma – a nawet gdyby były, i tak nie wytrzymałyby konfrontacji z gromadą roztrajkotanych kobiet.

Dominuje w tej książce przesycanie dialogów dalszoplanowymi historyjkami. Przyjaciółki bez przerwy wpadają na trop skojarzeń związanych z ich znajomymi (lub z nimi samymi) i każdą anegdotą chętnie się dzielą – stopień ich stężenia w niewielkim obszarze czasu każde podejrzewać, że nigdy wcześniej (to jest przed momentem rozpoczęcia powieści) ze sobą nie rozmawiały. Czasem pojawiają się włączane do tekstu obiegowe dowcipy (nie zawsze opowiedziane w mistrzowski sposób, ale to normalne ryzyko przy wykorzystywaniu kawałów, które większość odbiorczyń zna), czasem cytaty w oprawie „bajek” autorki (przedstawienie przygotowywane z utworów Brzechwy). Do tego dochodzi jeszcze forum, na którym przyjaciółki skrzętnie wymieniają opinie i zwierzają się zbiorowo z własnych przeżyć. Wszystko to służy przepływowi informacji, ale informacji przede wszystkim plotkarskich, nastawionych na dostarczanie rozrywki i zaspokajanie ciekawości. Jeśli czytelniczki poczują się dobrze w tym rozgadanym babskim świecie, pochłoną książkę z przyjemnością. Jeśli jednak zirytuje je drobiazgowość autorki w dzieleniu się anegdotami pozbawionymi wpływu na akcję, prawdopodobnie zrezygnują jeszcze przed upływem pierwszego powieściowego spotkania.

Zwłaszcza że Izabela Pietrzyk ryzyko podejmuje na całej linii. Nie tylko rezygnuje z tradycyjnej osi fabularnej, ale do tego jeszcze lubuje się w grach językowych i stylistycznych popisach. Indywidualizuje niby język bohaterek (przez przypisywanie niektórym charakterystycznych powiedzeń), jednak w efekcie i tak powstaje z tego potok słów o charakterystycznym, zwracającym uwagę rytmie. Śledzenie żywiołowych rozmów przypomina próby uporządkowania chaosu – tyle że Pietrzyk raczej nie gubi się w wyznaniach (czasem tylko odrobinę traci na wiarygodności, gdy w obrębie jednego zdania sugeruje bohaterce kontrastujące ze sobą emocje).
Jest „Wieczór panieński” lekturą babską, do tego dla wytrwałych i zdolnych zanurzyć się w żywiołowy nurt prozy czytelniczek. To tak naprawdę jeden długi dialog o tym, jak ułożyć sobie życie po czterdziestce i z udziałem przychylnego losu.

piątek, 3 sierpnia 2012

Teatr Rozrywki Trójkąt (Zielona Góra): Scenki z Zoszczenki

Mentalność ludzi

Komunistyczna Rosja? Tęskne romanse i postacie jakby żywcem przeniesione ze stereotypów, narysowane grubą kreską, lecz nie przerysowane. Scenki w klimacie niby to rosyjskie i lekko archaiczne, ale niepokojąco aktualne i przenoszone na charaktery ludzkie ponad granicami. Zamiast obrazków rodzajowych wiwisekcja i głośne mówienie o tym, co kultura, uprzejmość i konwenanse nakazują głęboko ukrywać. Niebezpieczne szalenie. Komiczne bez wątpienia. Tyle że śmiech w końcu zaowocuje niepokojem: bo może tak naprawdę nic się nie zmieniło w mentalności ludzi? Po dobrej rozrywce nadejdzie refleksja. Jednak niewiele zmieni, bo Zoszczenko w mistrzowski sposób uchwycił skrywane bolączki zwykłych ludzi, wtrącił ich w role, które bezlitośnie odkrywają cały fałsz i uniemożliwił zrehabilitowanie się w oczach innych postaciom będącym naprawdę ofiarami własnych uprzedzeń.

Teatr Rozrywki Trójkąt mocno zaryzykował, biorąc na warsztat tekst tworzony jako satyra społeczna z pierwszej połowy XX wieku: to gatunek dość efemeryczny, jednak nie przeszkodziło to autorom przedstawienia. Konsekwentnie też pozostawili całą „rosyjskość” spektaklu, koloryt lokalny, który odrobinę łagodzi gorycz końcowych wniosków. Ostateczne potwierdzenie czasu i miejsca niosą rzewne romanse, wykonywane naprawdę imponująco przez męską część zespołu (szkoda, że mimo wszystko autorzy przedstawienia nie pokusili się o polskie literackie przekłady, efekt mógłby być jeszcze lepszy, zwłaszcza że w tym akurat gatunku nie tylko o popisy wokalne chodzi, ale i o same historie). Warto wspomnieć i o kostiumach, nie pozostawiających wątpliwości w kwestii klimatu spektaklu. Rosyjskość nie daje o sobie zapomnieć, wdziera się do kolejnych scenek i nadaje im rytm, a jednak, może paradoksalnie, uwypukla przez to ponadczasowy i ponadregionalny charakter opowieści.

Opowieści złożonej z sekwencji scenek dwojakiego rodzaju. Albo naturalne postacie w naturalnym dla siebie otoczeniu wykonują naturalne dla kontekstu czynności aż do momentu, w którym tamy pękają i na światło dzienne wydostają się największe ludzkie bolączki i skrywane wcześniej krzywdy, albo postacie wtrącone w obce sobie środowisko próbują przetrwać, odgrywając niewygodne dla siebie role w karykaturalny sposób. Dzięki temu realizm i szczerość przekazu może się mieszać z groteską i wyzwalać komizm. Kiedy pojawiają się tu anegdoty zapośredniczone, wprowadzane są jako szkatułkowe mikroscenki, by nie zatracić dynamiki spektaklu (chociaż scenę z dziedzicem i telefonem można by bez szkody dla całości wyrzucić). Rytm zapewniają też różnorodne obszary działań postaci: raz to przedział pociągu, raz poczekalnia u lekarza, dom, restauracja czy teatr, a nawet gmach urzędu: za każdym razem sceneria (w wersji Teatru Rozrywki Trójkąt ascetyczna, na szczęście twórcy nie zdecydowali się na przeładowanie przestrzeni) to tylko pretekst do pokazywania ludzkich charakterów. Najbardziej wdzięczne jednak okazują się obrazki absurdalne: hydraulik w teatrze, sfrustrowany oświetleniowiec w roli tenora, awans na alfonsa czy licytujący się pacjenci: tu aktorzy Teatru Rozrywki Trójkąt mogą rozwinąć skrzydła, a do tego dostarczyć publiczności sporo dobrej zabawy.

W „Scenkach z Zoszczenki” królują silne emocje. Czasem ekstremalnie silne, zdarzyło mi się kilka razy zastanowić, czy obejdzie się bez ofiar, czy wytrzymają elementy scenografii. Gwałtownie wyrażane uczucia pasują do kreowanych z rozmachem postaci, ale prawdziwą satysfakcję daje ciągłe śledzenie drugiego planu. Aktorzy, którzy akurat nie skupiają na sobie uwagi widzów, ani na moment nie wypadają ze swoich ról, więcej: bawią się w minietiudki, odgrywane bez słów, za to z ogromną siłą wyrazu. Trwająca nieustannie wojna na spojrzenia i drobne gesty jest dla odbiorców nagrodą za spostrzegawczość, a i sposobem na budowanie prawdziwości historii.

Aktorzy dają z siebie wszystko. Beata Beling czasami aż przesadza w emocjach swoich bohaterek (chociaż genialna jest jako kurtyzana), Sławomir Krzywiźniak bezkonkurencyjny staje się jako wiecznie poszkodowany nie tylko w kontaktach z kobietami. Ludwik Schiller pozostaje w cieniu dopóki pierwszy raz nie zaśpiewa, a Wojciech Czarnota znajduje dla siebie miejsce jako bezczelny kelner. Ale najlepszy jest Artur Beling, który może w mgnieniu oka zmienić się z inteligenta w parkowego bandytę, jego metamorfozy szkicowane są subtelnie, lecz zawsze trafnie. Postacie Zoszczenki nie nadają się do lubienia, mimo to aktorzy Teatru Rozrywki Trójkąt nadają im ludzkie rysy i przekuwają z niebezpiecznie szczerego zwierciadła w nieszkodliwe i zabawne w gruncie rzeczy indywidua. Postacie oswaja też ich język, od zwyczajnego i aktualnego po bardzo wyszukany, przesadzony i celowo sztuczny (jak u pacjenta, który „przyszedł po hipnozy sugestię, aby palić poniechał”). Pojawia się komizm fraz, dowcip zawarty w samych sformułowaniach, a i podsycający żart w charakterach. Aktorzy ładnie wykorzystują komizm powtórzeń i eksponują puenty: z racji mocnego dowcipu sytuacyjnego nie mogą sobie pozwolić na subtelności, te nie zostałyby dostrzeżone w dynamicznym spektaklu.

Łagodne przejścia powiązane łańcuchem tematycznym zapewniają spójność tej historii i sprawiają, że przedstawienie nie jawi się tylko jako zlepek „scenek”, ale składa się w kompletną opowieść. Teatr Rozrywki Trójkąt postawił na historię z definicji trudną, ale ubrał ją w lekką formę, ciekawie zrealizowaną.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak: Ucieczka znad rozlewiska

WNK, Warszawa 2012.

Wbrew schematom?

Ktoś to w końcu musiał zrobić, bo stereotyp stawał się coraz bardziej wyraźny, a i coraz mniej twórczy jednocześnie. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak postawiła na odwrócenie poczytnego schematu i delikatnie zakpiła sobie z modnych czytadeł dla pań. Równocześnie nie odcięła się od ich źródeł, tworząc „Ucieczkę znad rozlewiska” – powieść optymistyczną i obyczajową o układaniu sobie życia przez trzydziestoletnią bohaterkę. Kierunek obrała ten sam co autorki bestsellerowych historii, tyle że zwrot przeciwny. No i pozwoliła bohaterce na snucie marzeń, które popularne były przed epoką masowych literackich ucieczek na wieś.

Jednak pomysł z odwróceniem typowego scenariusza to nie wszystko. Franka widowiskowo ucieka sprzed ołtarza, a że dosyć ma egzystencji w małym miasteczku, w którym wszyscy się znają, wyjeżdża do Warszawy, bo chce wreszcie poczuć się anonimowo. Znajduje pracę, o jakiej nawet nie śniła – więc historia Kopciuszka trafia na właściwe tory. Franka może spróbować spełnić swoje marzenia – po raz pierwszy wyzwoliła się spod władzy rodziców i babci i zaczyna sama o sobie decydować. A dobry los, stały element fabuł dla pań, nie pozwoli, by stała się jej krzywda. Zmiana miejsca zamieszkania pociąga za sobą także inne zmiany – między innymi w sprawach sercowych. Tymczasem w tle rozgrywających się wydarzeń życie układa sobie na nowo starsza siostra Frani.

Aluzje do konkretnych tytułów są w tomie bardzo czytelne, chociaż autorka nie prowadzi otwartej wojny z modnymi pisarkami. Na mocną ironię pozwala sobie jedynie w kilku słowach wstępu, dalej, choć jej bohaterka nie podziela marzeń o spokojnej egzystencji w pensjonacie na końcu świata, nieco łagodzi tę postawę: najprawdopodobniej po to, by nie zrazić do siebie odbiorczyń – bądź co bądź kieruje swoją książkę także do wiernych czytelniczek Kalicińskiej i szeregu jej naśladowczyń. Nie o miejsce i zajęcie przecież tak naprawdę chodzi, a o uporządkowanie własnego świata i znalezienie szczęścia – to element spajający „Ucieczkę” i tomy, którym jest przeciwstawiana. Tyle że Zyskowska-Ignaciak decyduje się na dość odważne pomysły, które brawurowa ucieczka w ostatniej chwili dopiero rozpoczyna i sugeruje. Punktem docelowym staje się ten sam wewnętrzny spokój, który inne bohaterki znajdują w swoich samotniach.

Jest „Ucieczka znad rozlewiska” także podskórnym pytaniem o to, czy da się żyć cudzymi pragnieniami. Dla Franki różni ludzie, najczęściej w dobrej wierze, wyznaczają rozmaite scenariusze. Kobieta dobrze wie, czego się od niej oczekuje i jaką drogę powinna obrać, by dopasować się do wyobrażeń innych o szczęśliwym i spełnionym życiu. Zdobywa się jednak na refleksję, której wielu jej literackim koleżankom brakuje – i ma siłę, żeby zawalczyć o swoje. Oczywiście autorka stosuje tu sporo uproszczeń i fabularnych skrótów, czas ma na powieść, nie serial obyczajowy, ale już doświadczenia Franki powinny dać nieco do myślenia czytelniczkom. Nie każdemu odpowiada to, co akurat wpisuje się w realne lub wykreowane oczekiwania tłumów. Franka nie porzuca postawy indywidualistki i dopiero wtedy, gdy jej egzystencja zaczyna się robić burzliwa, odzyskuje wewnętrzny spokój, który potem znajduje odbicie w dość prostej, ale i przekonującej narracji.

Zyskowska-Ignaciak musi zachować ostrożność przy obalaniu mitów o udanym życiu w małej społeczności: jeszcze odbiorczynie nie zmęczyły się do końca takimi fabułami. Ale ponieważ dostarcza im w zamian całkiem interesującą (a co najważniejsze – silnie naszpikowaną emocjami) historię, może sobie pozwolić na drobny żart.

środa, 1 sierpnia 2012

Anita Głowińska: Kicia Kocia na placu zabaw

Media Rodzina, Poznań 2012.

Zabawa zakłócona

Anita Głowińska w opowiastkach o Kici Koci nie poprzestaje na najprostszych sytuacjach i takich scenariuszach. Zamiast banalnych prezentacji proponuje najmłodszym odbiorcom elementy akcji, próbuje odzwierciedlić dylematy, problemy i lęki małej bohaterki przez odwołania do atrakcyjnej dla dzieci fabułki. W zwykłych książeczkach edukacyjnych postać na placu zabaw zapewne testowałaby po kolei wszystkie możliwe formy rozrywki. Kicia Kocia natomiast ma pewien dylemat: nie lubi towarzystwa nieznanych sobie dzieci. W związku z tym nie potrafi czerpać z pobytu na placu zabaw takiej radości jak jej przyjaciele, co więcej, zaczyna czuć gniew. Anita Głowińska szuka w zwykłych sytuacjach także pretekstu do rozmowy o emocjach – oraz do wprowadzenia pierwiastka niepokoju, który służy budowaniu napięcia w narracji napięciom ogólnie niezbyt sprzyjającej.

Kicia Kocia ma zaledwie kilka lat, nie chce więc zastanawiać się nad przyczynami swojego podejścia do obcych dzieci. Faktem jest, że nie wejdzie do piaskownicy, w której siedzi nieznajomy maluch, nie pohuśta się na huśtawce, ani nie pokręci na karuzeli. W życiu każdego dziecka nadchodzi moment stronienia od innych maluchów, więc Kicia Kocia nie zachowuje się dziwnie czy niezwyczajnie. A ponieważ irracjonalna niechęć do wspólnych zabaw nie dopada jej przyjaciół, ci bawią się doskonale. Kicia Kocia może widzieć, co traci.

Głowińska połączyła w tej książeczce motyw dla kilkulatków bardzo przyjemny (a i dość rzadki w publikacjach edukacyjnych, zwykle skoncentrowanych na codziennych obowiązkach lub nieuniknionych wydarzeniach) z kwestią odsuwaną przez nie na daleki plan – w końcu niewiele dzieci przyznałoby się do wstydu przed nieznajomymi rówieśnikami. Plac zabaw okazuje się tu czekoladką, w której autorka ukrywa gorzkie lekarstwo. Wszystkie dzieci dobrze się bawią, nawet jeśli wydają się trochę dziwne, jak nowy kolega – Kicia Kocia nie musi czuć się niepewnie, wystarczy, że przełamie strach i spróbuje porozmawiać z obcymi dziećmi (automatycznie przestaną być wtedy obce, a bohaterka będzie mogła czerpać przyjemność z zabawy, tym lepszej, że wspólnej).

Aspekt edukacyjny nie dotyczy zatem kursu przebywania na placu zabaw, chociaż temat sam w sobie taki potencjał ma, na przykład związany z zasadami bezpieczeństwa, a tematu zapoznawania się z innymi dziećmi. Głowińska pokazuje, że nie ma się czego bać ani wstydzić i że nie warto stronić od kolegów – bo traci się przez to mnóstwo okazji do zabawy. Dodatkowo nacisk kładzie autorka na samodzielność Kici Koci, która potrafi nie tylko ubrać się do wyjścia, ale wcześniej – znaleźć sobie w szafie odpowiednie ubrania. Tłumaczy, że trzeba podejmować wyzwania i pokonywać lęk, zawsze niepotrzebnie wyolbrzymiany.

Serię o Kici Koci Anita Głowińska samodzielnie ilustruje i składa. W ilustracjach tradycyjnie już posługuje się widocznymi ruchami pędzla, nasyconymi kolorami i grubymi, nierównymi konturami, uzyskując w ten sposób obrazki z pozoru odrobinę naiwne, ale też prześliczne. Różnicuje twarze i mimikę bohaterów, ich fryzury oraz stroje. Naiwność (programowa) jest widoczna również w perspektywie, która sprawia wrażenie, jakby wymykała się autorce spod kontroli. Autorka poza motywami z opowiadania zamieszcza też na rysunkach elementy, których nie ma w tekście, więc dzieci będą z jeszcze większym zainteresowaniem śledziły przygody małej bohaterki. Jedynie czasem pojawiają się w tomiku komputerowe interwencje – na przykład gdy trzeba pomniejszyć sylwetki dzieci bawiących się w innym końcu placu zabaw. Ale też dzięki takiemu mnożeniu szczegółów może autorka na dłużej przykuć uwagę dzieci.

wtorek, 31 lipca 2012

Dziecinada

Dziecinada? To się dla dzieci nada!

Lubicie patrzeć, jak na obliczach Waszych pociech malują się uśmiechy? Jeśli tak, zabierzcie dzieci na Dziecinadę, wielkie święto maluchów, które w ramach Chorzowskiego Teatru Ogrodowego organizujemy po raz pierwszy. W środę, 15 sierpnia, dzieci staną się najważniejszymi gośćmi w Sztygarce i zyskają szansę uczestniczenia w wielu atrakcyjnych wydarzeniach oraz konkursach z nagrodami.

Naczelny Ogrodnik, Sergiusz Brożek, planując Dziecinadę, postanowił, że jej rytm wyznaczany będzie przez przecinanie się osi teatru oraz osi literatury, co na dalszym etapie wzbogacone zostało jeszcze o niebanalny pokaz filmowy (z użyciem starego projektora). Przyświecała mu więc nie tylko idea dostarczenia maluchom rozrywki, ale także przemycenia w doskonałej zabawie elementów edukacyjnych. Gdyby zresztą przyjrzeć się historii Chorzowskiego Teatrzyku Ogródkowego, zwanego też „małym ChTO”, okazałoby się, że zdradzanie tajników sztuki teatralnej najmłodszym należy do stałego porządku festiwalu. Dzięki interaktywnym przedstawieniom czy sztukom, w których dzieci uzupełniają obsadę aktorską i mogą same występować na scenie, czasem w ważnych rolach, widzowie ChTO poznają uroki przebywania na scenie i radość ze współtworzenia spektakli. Nie trzeba mieć zacięcia aktorskiego, by dobrze się bawić podczas miniwarsztatów teatralnych na Dziecinadzie. Sprawdzimy wspólnie, jak to jest być aktorami i do czego na scenie przydaje się wyobraźnia. Tym maluchom, które nie mają ochoty na aktorskie popisy, proponujemy film. O tyle niezwykły, że wyświetlany na starym projektorze. W dobie bajek na DVD i nowoczesnych multikin taki powrót do przeszłości (znanej jeszcze rodzicom) może być dla najmłodszym ciekawą przygodą i dodatkowym smaczkiem, uzupełniającym wyświetlaną historię. Odpowiedź na pytanie, czy bajkom potrzebny jest najbardziej nowoczesny i zaawansowany technicznie sprzęt, starszym pokoleniom wyda się oczywista. Teraz ocenę pozostawiamy dzieciom.

W ramach spotkania z literaturą Naczelny Ogrodnik zdecydował się na zaprezentowanie chorzowskiej publiczności tomiku z bajkami piszącej te słowa redaktorki. „Słonie na pontonie” to zestaw rymowanych historyjek z absurdalnym humorem i satyrycznymi rysunkami Jacka Siudaka, tomik nowy (premiera w czerwcu 2012) i, jak na razie, wywołujący same uśmiechy, jak donosi Barbara Englender, także wśród zaprzyjaźnionych słoni. Kilka wydawnictw już zdecydowało się na ufundowanie nagród książkowych dla uczestników Dziecinady i zwycięzców naszych konkursów.

Ale prawdziwym hitem wielkiego święta dzieci będzie przedstawienie „Ela hop!” słowackiego teatru PIKI. Kto widział energetyczne spektakle Kataríny Aulitisovej i L’ubomíra Piktora, ten nie ma wątpliwości, że przyjść warto, a do tego jeszcze przyprowadzić ze sobą rodzinę, przyjaciół i sąsiadów. PIKI to teatr na najwyższym poziomie, prezentuje dopracowane w najdrobniejszych szczegółach przedstawienia, zachwyca (poza aktorstwem i nieprzeciętnym humorem także na płaszczyźnie dla dorosłych) granymi na żywo piosenkami i scenografią: to najlepszy sposób na uświetnienie święta.
Dziecinada celowo została zaplanowana na dzień świąteczny, by dorośli mogli oderwać się od codziennych obowiązków i ze swoimi pociechami przybyć do Sztygarki.

tekst zamieszczony w "Sztajgerowym Cajtungu"

Piotr Korduba: Tymczasem pa, Kochany Skarbunieczku. Listy rysunkowe Antoniego Kowalskiego do syna Jerzego z okupowanego Poznania

Zysk i S-ka, Poznań 2012.

Widokówki z wojny

W zalewie wojennych opowieści o bohaterstwie zwyczajnych ludzi ginie pamięć o tych naprawdę zwyczajnych, o tych, którzy niczego wielkiego nie dokonali, a po prostu starali się żyć i przetrwać – bez heroicznych czynów, a i bez wyrządzania innym krzywd. I wieści o takich rodzinach nie miałyby szansy zaistnienia poza pamięcią ich bliskich – jednak od czasu do czasu trafia się na historie, które mimo wszystko mają w sobie potencjał ciekawej narracji. Do takich tomów zaliczyć można publikację Piotra Korduby, wpisującą się jednocześnie w nurt poznanianów.

Album „Tymczasem pa, Kochany Skarbunieczku. Listy rysunkowe Antoniego Kowalskiego do syna Jerzego z okupowanego Poznania” to dowód prywatnej historii ocalonej dzięki niebanalnemu pomysłowi, a do tego i świadectwo ogromnej miłości ojca do syna. Rodzice odsyłają małego Jureczka na wieś – ojciec co tydzień przygotowuje dla niego specjalne listy-rysunki. Na kolejnych kartkach precyzyjnie szkicuje pociągi i zabudowę Poznania, widoki z okna, a czasem scenki z codziennego życia. Na wielu obrazkach pojawia się sam z małym synem – jakby chciał wynagrodzić dziecku brak wspólnych przygód i opowieści, w których byliby bohaterami. Rysunki Antoniego Kowalskiego to niemal zdjęcia – wiele na nich szczegółów, które na długo zajmować mogły malca, mnóstwo ciekawostek i przyczynków do snucia zwykłych marzeń, nierealnych do spełnienia w czasach wojny. Przy meczowym i szczegółowym odwzorowywaniu ulic i pojazdów (a także zwierząt z ogrodu zoologicznego), Kowalski odsuwa okrucieństwo wojny. Na rysunkach nie ma strzelania, krwi, agresji czy strachu, pojawiają się zwykli ludzie pochłonięci bez reszty swoją pracą. O okupacji przypominać mogą jedynie niemieckie napisy: Kowalski tworzy więc dla trzymanego na wsi syna obraz miasta równoległego, Poznania bez wojny. Do tego bardzo stara się, by rysunki miały też wartość edukacyjną: na wielu umieszcza zegary i chce, by Jerzy ćwiczył z nich odczytywanie godzin. Do tego włącza do rysunków reklamy – na przykład skłaniające do regularnego picia tranu. Żeby przypomnieć dziecku o jedzeniu, zaokrągla sylwetkę chłopca. Wiele jest tu dodatkowych zakodowanych w obrazkach informacji.

Na odwrocie rysunków mieszczą się bardzo krótkie listy (dla wygody czytelników przedrukowywane obok fotokopii), pełne zdrobnień, czułych napomnień, a i próśb o ocalenie tych kartek. Do tego wydawca dokłada krótkie komentarze, tak, by rozszyfrować zawarte w liście niejasne dla czytelników przesłania. Krótki wstęp wprowadza odbiorców w losy rodziny Kowalskich przed wojną i rzuca światło na niezwykłą korespondencję.

Rysunki Antoniego Kowalskiego czasem przedstawiają drogę powrotną do Poznania (bywa, że są niemal komiksowo rozbite na kilka kadrów), innym razem powstają na specjalne zamówienie chłopca, który potem wystawia oceny gotowym pracom. Widać w nich dążenie do realistycznego oddania miejskiej przestrzeni, umiejętne operowanie perspektywicznym skrótem oraz – techniczny umysł, zwłaszcza przy wyrysowywaniu detali. A przecież nie o wykonanie tak naprawdę chodzi, a o silną więź z dzieckiem, próbę znalezienia dla niego czasu w trudnych okupacyjnych warunkach, a i zapewnienie o wielkiej miłości i trosce. Piotr Korduba wprowadza odbiorców w sferę bardzo prywatną, pozwala podejrzeć, jak kształtowały się relacje ojca i syna. Przywołuje też motyw normalności w nienormalnych czasach (służą temu zwłaszcza żartobliwe połajania i napomnienia). Ten album nie jest zwykłą prezentacją prac czy przedrukiem zachowanych listów: to ojcowska miłość w obrazkach – a zarazem ciekawa karta w dziejach Poznania.