* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 3 września 2011

Amélie Nothomb: Pewna forma życia

Muza SA, Warszawa 2011.

Ciało słowem

Dobra i umiejętnie przedstawiona intryga książkę Amélie Nothomb każe przesuwać od literatury pięknej do rozrywkowej. Dostarczy bowiem czytelnikom i wrażeń estetycznych, i radości z odkrywania niespodziewanie zaistniałej tajemnicy. Bo wydawałoby się, że miejsca na sensację autorka nie pozostawi, skoro wprowadza odbiorców od początku w sedno prywatnych relacji między bohaterką-pisarką-Nothomb a Melvinem Mapple’em, amerykańskim żołnierzem, który zdecydował się na korespondowanie ze swoją idolką. Taki jest punkt wyjścia „Pewnej formy życia”, szybkiej lecz wstrząsającej powieści. Nothomb odpisuje czytelnikowi w chłodny i wyważony acz uprzejmy sposób. Mapple nie poddaje się i sprowadza rozmowę na bardzo osobiste tory. Odbiorcy wtrąceni w historię, jaka wyłania się z listów, nie mogą nawet podejrzewać drugiego dna. Bo i pierwsze dostarcza już sporo emocji. Mapple zaciągnął się do armii z biedy. Teraz przebywa na misji w Iraku i wie, że wróci stamtąd (jeśli w ogóle) jako jeden z ostatnich. Czuje się jak mięso armatnie, waży już dwieście kilogramów i tyje dalej. Z jedzenia uczynił sobie – jak część jego kolegów – lekarstwo na stres. Uzależnił się od obżarstwa, nie umie i nie chce pohamować nałogu. Przez swoją tuszę czuje się wykluczony ze środowiska. A jednocześnie akceptuje ją, nadaje jej imię i udaje, że spędza noce z kochanką, Szeherezadą, przyrośniętą trwale do jego ciała. Nothomb początkowo obawia się, że czytelnik będzie szukał u niej pomocy, jaką powinien otrzymać od psychologa, ale szybko angażuje się w prezentowaną jej, niebanalną opowieść.

Autorka jest w tej książce jednocześnie żonglerem słowami. Potrafi zmieniać odcienie emocjonalne poszczególnych wypowiedzi i równie dobrze konstruuje przestrzeń międzyludzką z tego, co wypowiedziane nie zostało. Całość opiera się przecież na krótkich listach, w których miejsce zabierają jeszcze komunikaty grzecznościowe i zapewnienia o funkcji fatycznej. Bohaterowie nie odrzucają konwencji, uprawiają sztukę epistolarną ze wszystkimi jej możliwościami ale i ograniczeniami, w „Pewnej formie życia” listy brzmią jak prawdziwa korespondencja, a nie jak wytwory wymyślonej na potrzeby powieści formy. Oprawę dla korespondencji stanowią krótkie i niespokojne zwierzenia Nothomb – potrzebne, by w odpowiednim momencie przejąć ciężar narracji.

Historię przesycają także uwagi ogólniejsze niż wskazywałaby na to fabuła. Autorka kładzie spory nacisk na psychologiczny portret oryginalnej postaci i pozwala jej na poetyckie niemal oceny własnego stanu. Refleksje na temat otyłości przeradzają się niekiedy w uniwersalne opinie o uzależnieniu, co w końcu przechodzi w sztukę. Obrazowe metafory mogą szokować, ale również zachwycać, bo w „Pewnej formie życia” brzydota i kalectwo stają się na swój sposób piękne, mimo że nie przestają odpychać.
Niewielka jest ta powieść, ale pozwala zastanowić się nad ludzkimi ograniczeniami i słabościami, nad strachem, zaufaniem i kłamstwem. Autorka wybrała tematy trudne, wyszukując dla nich nową, atrakcyjną dla czytelników oprawę.

piątek, 2 września 2011

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy: Śpiewać każdy może


Opieka reżyserska: Jacek Głomb
Aranżacje muzyczne: Łukasz Matuszyk


Znany Kofta

Zacznę od banału: są piosenki, które cieszyć się będą uznaniem pokoleń, utwory, których nie da się łatwo wyrzucić z pamięci, evergreeny, niosące ważne przesłania. Poza Agnieszką Osiecką i Jeremim Przyborą także Jonasz Kofta był twórcą przebojów, które się nie starzeją: to nie ulega wątpliwości. Podczas muzycznego spektaklu „Śpiewać każdy może” teksty te, w nowych aranżacjach, przypominają odbiorcom aktorzy Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy.

Zanim jednak do tego dojdzie, głos zabierze reżyser, Jacek Głomb – najsłabszy punkt zgrabnego w sumie przestawienia. Nie wiem, czy wprowadzenie do „Śpiewać każdy może” to obowiązkowa część sztuki, czy raczej podczas Letniego Ogrodu Teatralnego Głomb postanowił się zwierzyć szerszemu gronu odbiorców ze swoich artystycznych poszukiwań: faktem jest, że mówił po pierwsze – zbyt długo, po drugie – zbyt nudno, po trzecie – zbyt patetycznie, a po czwarte – bez przygotowania. Historia o znalezieniu zapomnianego tomiku Kofty i o próbie ocalenia twórczości tego poety niezbyt przekonuje, skoro autor do „ocalenia” wybrał teksty najbardziej znane, hity i samograje. Tak naprawdę obeszłoby się bez tych reżyserskich zwierzeń i prób przygotowania na to, co nastąpi, skoro to, co nastąpi, obroni się samo. Widocznie jednak reżyser uznał, że jego wystąpienie jest niezbędne, lub też chciał zaakcentować swoją obecność. Nieważne. Dla widzów istotne jest to, co następuje potem. A następuje miks słowno-muzyczny spod znaku „the best of”. Chociaż fragment „Fachowców” z offu dla co młodszych odbiorców może szybko stać się niezrozumiały.

Karmi nas Jacek Głomb – i dobrze – „Dialogami na cztery nogi”, wybierając do tego celu dwóch aktorów i formę przez publiczność estradową znienawidzoną, to jest – rozmowę przy mikrofonach na statywach. Na szczęście kontrast między kiczowatymi czasem kostiumami, chłodny dystans rozmówców do siebie nawzajem i do wygłaszanych kwestii oraz absurdalne puenty utrzymują całość na przyzwoitym poziomie. Gdyby ktoś żartu nie zrozumiał, na jego zakończenie panowie podają sobie ręce. „Dialogi na cztery nogi” są tkanką łączną spektaklu, nasuwają skojarzenia z Gałczyńskim i zabezpieczają przedstawienie przez przedzierzgnięciem się w festiwal piosenek jednego autora.

D piosenek w aranżacjach Łukasza Matuszyka Jacek Głomb podszedł raczej kabaretowo lub estradowo niż teatralnie: postanowił uśmiesznić część utworów, dodając im humorystyczną oprawę – to chyba podstawowy zabieg w opracowywaniu Kofty dobrze znanego. Głomb nie miał w zasadzie innego wyjścia jak tylko zaskoczyć widzów interpretacjami czy naddanymi komentarzami. Niekiedy pozwala to na odkrycie drugiego, nieprzewidzianego przez autora, dna. Dzięki temu „Wakacje z blondynką” to nie nostalgiczne wspomnienie letnich dni, a… skarga pobitego mężczyzny, którego towarzyszka, początkowo w papierowej torbie na głowie i zakneblowana, sprawnie wyznacza rytm, ostrząc złowrogo noże. Dzięki temu też spopularyzowana przez Marylę Rodowicz piosenka „Do łezki łezka” zamienia się w pieśń na chwałę Panu, wykonywaną z zapałem przez dwie anielice. Żeby nie poprzestać na radości powtarzania refrenu, reżyser wprowadza też motyw nabijania rytmu, który przyprawia publikę o humor szampański. Sprytnie wybrnął też Głomb z patetyzmu „Radości o poranku”, oddając głos dwóm rywalizującym w śpiewaniu siostrom (z których jedna uparcie wychodziła z kręgu światła, ale to już wina nieoswojonej sceny, źle ustawionego reflektora lub aktorki, której wygodnie przebywało się w cieniu). Jednym z bardziej urzekających scenicznych żarcików stała się interpretacja piosenki „Kwiat jednej nocy”, wyśpiewywanej przez mocno podchmieloną, ale jeszcze nie wulgarną „królową jednej nocy”. Zresztą wątek nadużywania alkoholu Głomb powtarza: inna z jego bohaterek upija się na smutno jarzębiakiem (w żeńskiej wersji „Popołudnia”) – tak, wiem, że wynika to z tekstu, nie wytykam a odnotowuję. Natomiast kompletnie nie przekonuje mnie przerobienie songu „Pamiętajcie o ogrodach” na pseudo-hip-hop z elementami współczesnych tanich rozrywek. Dyskotekowy imidż postaci współgra, owszem, z aranżacją i nawet ruch sceniczny – cytat spod disco-clubów da się bez trudu przełknąć. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy czynnikiem odrzucającym od tego pomysłu była muzyczna strona projektu (wymuszająca na przykład transakcentacje w refrenie), czy sposób wykonania – aktorzy mało grali, że są królami parkietu, usiłowali nimi być, ale całość sprawiała wrażenie, jakby trochę rozłaziła się w szwach. Jakby wykonawcy niepewnie czuli się w rolach, jakby dostrzegali dysonans między tekstem z przesłaniem a jego realizacją spłyconą do absurdu, tym razem niepotrzebnie. To najpoważniejsze „wypaczenie” Głomba, najbardziej ryzykowne odejście od tradycyjnej formy – i jako takie, by miało szansę trafić do odbiorców, musiało być nieskazitelne. Tego ostatniego szlifu zabrakło.

Nie zawsze Głomb kupował publiczność śmiechem i efektownymi sztuczkami. Daje także chwilę oddechu w pięknych piosenkach lirycznych, którym uśmiech odebrałby cały urok. Widzowie mogli więc przypomnieć sobie „Sambę na rozstanie” zaśpiewaną idealnie od strony emocji i barwy głosu, za to bez swingującego brzmienia, do którego przyzwyczaiła ich Hanna Banaszak – wzruszający utwór idealnie dopełniły proste światła, niebieskie kontry. Już w „Jej portrecie” dało się zauważyć wahanie reżysera – piosenkę wykonuje pierrot, który w finale wypuszcza z dłoni czerwony balonik. Zupełnie jakby Głomb przestraszył się sentymentalizmu i postanowił go na wszelki wypadek skarykaturalizować. Co do finału, który przywołuje jednocześnie piosenkę tytułową, mam tylko jedną refleksję: fałszować też trzeba umieć. A nie wszystkim to wychodziło.

Scena podzielona została na dwie części – w jednej, oblanej ciepłym żółtym światłem, znajdują się akompaniatorzy: pianista i kontrabasista. Dwaj milczący bohaterowie spektaklu: to dzięki nim można rozkoszować się aranżacjami Matuszyka. Druga część przywołuje klimat przytulnej kawiarni: tu przestrzeń tworzą także ciekawie rozplanowane światła: w końcu poza dwoma statywami i rekwizytami, które przynoszą ze sobą aktorzy, nie ma miejsca na rozbudowane scenograficzne rozwiązania.

„Śpiewać każdy może” to spektakl przyjemny i prosty, rozmach sugeruje tu spora liczba wykonawców, zmieniające się przy każdej piosence kostiumy i rekwizyty… ale zabrakło w nim tego „czegoś”, co uzasadniłoby przedstawienie dobrze znanych songów. Bo jeśli nie przyjmuję tłumaczenia Głomba – że warto ocalić piosenki Kofty od zapomnienia – a nie przyjmuję, bo to jednak banał bez pokrycia w rzeczywistości – nie wiem, jaki artysta miał naprawdę cel i dlaczego każe mi obejrzeć spektakl. Przedstawienie wystarczy, by spędzić miły wieczór i nucić potem znane przeboje. To mimo wszystko mało.

czwartek, 1 września 2011

Grupa Rafała Kmity: Aj waj! czyli piosenki z cynamonem

CD, Kraków 2010.

Klimat szmoncesów

Rafał Kmita chętnie sięga do tradycji humoru. Inspiracji dla kolejnych programów szukał między innymi w poetyce szmoncesów – i kiedy odkrył, że dobrze czuje się w tym typie żartu, mógł stworzyć widowiska warte uwagi. „Aj waj! Czyli historie z cynamonem” za sprawą scenografii i pomysłowego rozwiązania oświetlenia przenosi odbiorców na stary, zakurzony strych, a we wspomnieniach – i do świata, który już nie istnieje. Płyta CD z piosenkami i kilkoma monologami ze spektaklu pozbawiona jest oczywiście tych elementów, co nie znaczy, że stanie się uboższa o niepowtarzalną atmosferę przedstawienia. „Aj waj! Czyli piosenki z cynamonem” za sprawą rewelacyjnych tekstów Rafała Kmity, pasującej do nich, klimatycznej muzyki Bolesława Rawskiego oraz kunsztu wykonawców (Sonia Bohosiewicz, Kamila Klimczak, Marta Bizoń, Andrzej Róg, Marcin Kobierski, Tadeusz Kwinta, Arek Lipnicki, Piotr Sieklucki, Jacek Stefanik, Tadeusz Zięba) dostarcza odbiorcom niezwykłych wrażeń. Na siedemnaście zarejestrowanych tu utworów znalazło się jedenaście piosenek, jeden utwór instrumentalny (kto widział spektakl, ten wie, że zabawa muzyką żydowską także odgrywa w nim wielką rolę) i drobne opowiastki. Nie ma skeczy zbudowanych na wzór szmoncesów, ale nie oznacza to, że płyta stanie się monotonna.

Wśród piosenek nie mogło zabraknąć popularyzowanych w mediach – „Deszczowego kochanka” czy utworu „Dziwka z Krochmalnej Zełde-Chaja” w niezapomnianych interpretacjach Soni Bohosiewicz, musiał też zaistnieć śpiewano-mówiony „Aj aj, handelek!” – najbardziej chyba kojarzony z przedstawieniem utwór. W nastrój idealnie wprowadza polecenie „Przysłuchujcie się starym przedmiotom”, muzyczny wehikuł czasu, przenoszący słuchaczy do świata z żydowskich opowieści. Komiczny wydźwięk ma za to historia „Targować Żyd idzie” w brawurowym wykonaniu Andrzeja Roga. Nawiązanie do pierwszej piosenki stanowi utwór o marzeniach krawca Mendla. Rafał Kmita proponuje też dwie piosenki liryczne – jedna – „Smutne skrzypki” – ma przytaczać specyfikę muzycznych rozwiązań, druga – piękna „Kołysanka” śpiewana przez Sonię Bohosiewicz, wyrasta z niezgody na antysemickie nastroje. Przedostatni utwór z płyty jest już wariacją tematu – „Tańczy nasz rebe” to próba połączenia żydowskiej kultury z elementami muzyki współczesnej.

Płyta „Aj waj!” na godzinę przenosi słuchaczy do innej rzeczywistości. Mocno akcentowana jest tu kulturowa odrębność, widoczna nie tylko w konstrukcji dowcipów, ale i w obyczajowości czy specyficznej logice, cechującej kolejne historie. Śmiech szmoncesowy podbarwiony tu jest delikatnie goryczą: Kmita nie parodiuje kabaretowej przeszłości, on pastiszuje teksty, które znaleźć można – chociażby – u Horacego Safrina. Dobrze wyczuwa wewnętrzne napięcia szmoncesów i jest w stanie na ich podstawie wypracować charaktery swoich postaci. Jako jeden z nielicznych dzisiaj twórców dba o jakość piosenki kabaretowej, czego płyta „Aj waj” jest najlepszym dowodem.

Prezentowane tutaj opowieści gęste są od znaczeń i skrzą się dowcipem. Melancholia zawarta w wielu zapewnia odbiorcom cały wachlarz niejednoznacznych emocji i pozwala uniknąć rutyny. To nie jest krążek, o którym łatwo zapomnieć.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Teatr DIM: Co za dzień!


Opracowanie tekstu Marek Wit
Na scenie: Danuta Lewandowska, Marek Wit

Teatr na wyciągnięcie ręki

Marek Wit w wywiadzie dla „Sztajgerowego Cajtunga” przyznał kiedyś, że jego idea współtworzonego z dziećmi teatru wzięła się z obserwacji zabaw maluchów. Kilkulatki podczas zwyczajnych, codziennych zajęć ożywiają przecież lalki i misie, budują z ich udziałem całe scenki i czerpią przyjemność z kreatywnych doświadczeń. Kiedy uczestniczą w zabawie, poświęcają całą uwagę na skonstruowanie wiarygodnego wyobraźniowego świata. Wit, założyciel Teatru DIM, przeniósł jedynie te postawy maluchów na scenę i umożliwił im uczestniczenie w prawdziwych spektaklach.

Przedstawienia w wykonaniu Teatru DIM zyskują osobliwy kształt, który dla postronnych dorosłych obserwatorów, osób niezaangażowanych w sztukę, wydaje się mało atrakcyjny, a momentami nawet męczący. Dzieci natomiast, które stają się bohaterami wydarzenia i aktorami, są zawsze zachwycone. Wit zaprasza na scenę wszystkie chętne maluchy (mniej odważne mogą zabrać ze sobą rodziców!) i rozdziela role. Poza kilkoma ważnymi ma zawsze w zapasie całe mnóstwo dodatkowych postaci, które grają w scenach zbiorowych – tak, by żadne dziecko nie zostało bez lalki czy maski. Gdy każdy zna swoje zadanie, rozpoczyna się spektakl.

W historii „Co za dzień” autor postawił na dydaktyczną, ale i humorystyczną bajkę o leniwej kotce Misi. Kotka ta nie chciała po sobie sprzątać, spała z nogami na poduszce i niechętnie chodziła do szkoły – wreszcie przedmioty w jej domu zbuntowały się i postanowiły dać jej nauczkę. Nie w fabule jednak tkwi atrakcyjność spektaklu, a w przydzielonych kilkulatkom zadaniach. Niektóre grały sprzęty domowe (znalazło się żelazko, zegar, ale nawet materacyk i sukienka), inne – szkolnych kolegów bohaterki czy ją samą. Jako uczniowie, dzieci przesiadywały w kociej klasie i razem bawiły się na przerwie, a gdy akurat nie uczestniczyły w scenie, siadały z lalkami z boku i czekały na swoją kolej, uważnie śledząc akcję. Rola kilkulatków polegała nie tylko na animowaniu postaci maluchy wygłaszały także podrzucane im przez Marka Wita i Danutę Lewandowską kwestie (w innych spektaklach Teatru DIM mogą też śpiewać i tańczyć), a czasem były wciągane do zwyczajnej zabawy (gra w piłkę czy w „lampa – nos”).

Ponieważ aktorzy stają się tu wyłącznie narratorami i pomocnikami dzieci, trudno mówić o artyzmie wykonania czy dopracowaniu drobiazgów. Ostateczny kształt spektaklu ma znaczenie dużo mniejsze niż radość młodych aktorów. Jako takie zatem przedstawienie nie może podlegać zwykłym kryteriom oceny sztuk. Chorzowski „Co za dzień” oparty był jednak w dużej mierze na pracy Wita i Lewandowskiej (nie wszystkie maluchy chciały występować i nie wszystkie znalazły w sobie odwagę do powtarzania tekstu), kontrolowany chaos dało się zatem obejrzeć bez większego zmęczenia.

Marek Wit traktuje przedstawienie nie jak dzieło sztuki, które ma intrygować formą czy scenografią, a jak pretekst do zabawy dla maluchów. Plusów takiego podejścia jest kilka: aktor nie ma problemu z zaangażowaniem dzieci w treść opowiadanej bajki, nie musi walczyć o ich uwagę. Kilkulatki oswajają się z teatrem i udział w przedstawieniu zapada im w pamięć. Mogą naprawdę zainteresować się całym teatralnym zapleczem, które nagle okazuje się przygodą na wyciągnięcie ręki.

Trzeba przyznać, że Wit i Lewandowska dobrze radzą sobie z tabunami łażących po scenie dzieci, a większość maluchów posłusznie wykonuje polecenia aktorów. Nagrodą dla nich jest również możliwość nauczenia się, jak animować lalki, czy szansa na wygłoszenie do mikrofonu paru kwestii. Poza tym cieszy przecież sam udział w tak niezwykłym wydarzeniu.

(Spektakl w ramach V Chorzowskiego Teatru Ogrodowego)


Foto: Radek Ragan

sobota, 27 sierpnia 2011

Joanna Chmielewska: Gwałt

Warszawa 2011.

Podróż nieudana

Tematy do powieści kryminalnych znaleźć można na każdym kroku. Joanna Chmielewska w czasach swojego związku z Diabłem-Wojtkiem trafiła na proces, który zachwycił ją absolutną bezmyślnością sędziego i całym spektaklem, jaki odgrywali zarówno świadkowie jak i strony sporu. Scena, choć zawierała potężny ładunek komizmu, nie została przez autorkę wykorzystana – do tematu powróciła Chmielewska dopiero w jednej z późnych, patchworkowych autobiografii, dość dokładnie przytaczając co smaczniejsze fragmenty z sali rozpraw. Jak się okazało, po wyeksploatowany w ten sposób motyw postanowiła sięgnąć raz jeszcze, w powieści „Gwałt” – dzięki takiemu tytułowi wielbiciele jej twórczości mogli od razu domyślić się, jakiej sytuacji tekst będzie dotyczyć – i podjąć świadomą decyzję o ewentualnym powrocie do znanego wątku.

Fabuły nie ma sensu przytaczać, zainteresowani streszczeniem sięgnąć powinni do autobiografii Chmielewskiej – otrzymają wyciąg najciekawszych kawałków ze skrótowym komentarzem. W „Gwałcie” czytelnicy są świadkami wiadomego procesu, tyle że ciągnącego się przez 350 stron i pozbawionego nowych puent. Pojawia się Patrycja, dziennikarka i Kajtuś – prokurator-dziwkarz. Między nimi musi w końcu zaiskrzyć, Patrycja to alter ego Joanny, Kajtuś to wykapany Wojtuś. Skupienie uwagi na Patrycji pozwala na bierne uczestnictwo w karykaturalnej rozprawie. Patrycja przysłuchuje się sędziemu-idiocie raczej bez reakcji, chociaż dla uzasadnienia wewnętrznych jej spostrzeżeń Chmielewska wprowadziła do książki urządzenie podsłuchowe: w chwilach ekstremalnej irytacji bohaterka prycha ironicznymi komentarzami w broszkę, a jej uwagi trafiają do uszu Kajtusia (który, dla zamaskowania reakcji własnych, sięga po szklankę z wodą i w całym tomie dorównuje chyba smokowi wawelskiemu). Akcja toczy się niemrawo, Patrycja prycha na kolejne absurdy, sędzia popełnia lapsusy, które w końcu znużą najwytrwalszych, od początku wiadomo, że gwałtu nie było.

Kolejna ucieczka do PRL-u zakończyła się klęską. Chmielewska powiela złe nawyki ze swoich późnych książek. Po pierwsze akcja jest zbyt statyczna, czytelnicy towarzyszą bohaterce, która w ogóle się nie porusza, siedzi w miejscu, a jedyną aktywnością, na jaką sobie pozwala, staje się komentowanie tego, co i tak samo siebie ośmiesza. Po drugie – stylistyczne popisy, które autorka tak lubi, straciły świeżość: teraz Chmielewska posługuje się kalkami z siebie, frazami zbyt oczywistymi dla stałych czytelników. Po trzecie, umieszczenie akcji w czasach PRL-u nie przekłada się na odwzorowanie peerelowskiej codzienności, autorka zamyka bohaterów daleko od rzeczywistości, jedynym akcentem uwiarygodniającym czas ma być oranżada, na którą wybierają się trzy postacie. Przewidywalność fabuły i fakt, że temat nadawał się raczej na krótkie opowiadanie, a nie na powieść tych rozmiarów, dopełnia czarę goryczy. Przypuszczalnie też autorka pomstować będzie na korektę, ale to już inna sprawa.

W dużej części składa się ta powieść z cytatów, przetykanych od czasu do czasu mocno zbędnym komentarzem. W obrazie płomiennego w założeniach romansu zabrakło ognia, wskrzeszenie dawnych bytów nie powiodło się i tym razem. Ale „Gwałtu” część czytelników przekreślać nie będzie. Ci, którzy nie znają kultowych tomów Chmielewskiej, ci, którym podobały się słabe ostatnie książki, uznają „Gwałt” za całkiem dobre i sympatyczne czytadło. Faktycznie, jeśli porównać najnowszą historię z poprzednimi utworami Chmielewskiej, wypada ona całkiem nieźle. Mimo wszystko brak jej jednak tempa i zaskoczenia, dla stałych czytelników, którzy rezygnują z pozycji wyznawców, „Gwałt” będzie tomem rozczarowującym. Może za bardzo autorka stara się sprostać wymaganiom odbiorców? Pewne jest, że w jej ostatnich powieściach nie ma już lekkości, świeżości ani wigoru. Nieruchawi bohaterowie biernie obserwują otoczenie, język demaskuje klisze i kalki, tak uwielbiany przez wielu styl okazuje się skostniały i niewystarczający do ubarwienia nijakich wydarzeń.

piątek, 26 sierpnia 2011

Śląski Teatr Lalki i Aktora Ateneum: Naranaszi, czyli czarodziejski owoc

Wyprawa po owoc

Japońskie baśnie z jednej strony kuszą oryginalnością i egzotyką, z drugiej nierzadko pełne są wyrafinowanych tortur dla bohaterów. Okrucieństwo, z jakim traktowane bywają postacie, trudno zneutralizować, same opowieści wybrzmiewają często jako smutne, wbrew szczęśliwym zakończeniom. Historie Dalekiego Wschodu mają też w samej fabule mniej pobocznych czynników łagodzących grozę, przez co mogą być oceniane jako okrutne i fascynująco piękne zarazem.

W bajce „Naranaszi, czyli czarodziejski owoc” o odmiennej kulturze przypomina wszystko, począwszy od kostiumów aktorów oraz… realizatorów światła w spektaklu. Nutę inności da się też bez trudu wyczuć w konstrukcji historii, chociaż baśniowe motywy jako takie nie zaskakują. Tajemnicza choroba matki (w połączeniu z panującą w okolicy suszą) skłania trzech synów do wyruszenia po czarodziejski owoc naranaszi. Owoc znajduje się na drzewie rosnącym na wysokiej górze, a drogi do niego strzegą rozmaite potwory. Najstarszy syn, przepełniony pychą i nadmierną wiarą we własne możliwości, ignoruje życzliwe porady napotkanego na drodze mędrca – za butę zostaje surowo ukarany: ginie, pożarty przez węża morskiego. Na wyprawę wyrusza średni syn, ale i on nie chce słuchać rad – ścigany przez dzikie zwierzęta podziela los starszego brata. W słowa mędrca uważnie wsłuchuje się dopiero najmłodszy syn, który z życzliwością odnosi się także do mijanych po drodze wieśniaków. Problem w tym, że wąż morski (czy raczej morski potwór) jest wybitnie żarłoczny… Łatwo domyślić się happy endu, w końcu fabuła, jak na baśń przystało, nie będzie specjalnie skomplikowana, ale parę zaskoczeń młodych odbiorców w „Naranaszi” czeka.

Na uwagę nawet bardziej niż treść bajki zasługuje jej adaptacja w wykonaniu Ateneum. O ile lalki, prowadzone przez aktorów, jawią się zupełnie zwyczajnie (choć artyści do perfekcji dopracowali wszelkie mikrogesty i spojrzenia postaci, tak, że można o animatorach lalek zapomnieć podczas śledzenia opowieści), o tyle już galeria potworów zachwyca. Straszne stworzenia zostały ograniczone do wielkich, kosmatych i zębatych pysków, których jedną część (głowę z górną szczęką) aktorzy zakładają na jedną rękę, a drugą część (dolną szczękę) na drugą dłoń. Paszcze robią wielkie wrażenie i wprowadzają lekki akcent humorystyczny dla maluchów, które bawią wszystkie sceny pościgów. Potwór, który zjada braci, zajmuje dużą część sceny i może faktycznie budzić lęk, zwłaszcza że widać, jak pożera wszystkich braci. Poza tym scenografia nie jest zbyt skomplikowana, a jej sukces tkwi w realizowanych ładnie pomysłach. Ramy z rozpiętym na nich materiałem pełnią funkcję zastawek i elementów krajobrazu, mogą zamienić się w górę czy drzewo, mogą zaznaczyć istnienie drzwi lub – morze. Stanowią tło dla wyświetlanych obrazów, ale naprawdę uatrakcyjniają bajkę w dwóch sytuacjach: kiedy do historii wkracza gra cieni i odpowiednio upozowani aktorzy tworzą sylwetki gnębionych suszą mieszkańców wioski oraz kiedy najmłodszy z braci walczy z potworami i materiał zaczyna opinać twarze postaci. To efekty, które i dorosłym nie wydadzą się nudne. Ciekawa jest też scena wewnątrz morskiego potwora. Ateneum w tym spektaklu wykorzystuje możliwości, jakie daje gra świateł: to szczegóły, które przyjemnie oglądać: czerwone latarki symbolizujące oczy potwora w morzu, świetlny tunel z wnętrza oprawcy – światła nie tylko budują atmosferę, ale współtworzą całość.

Wrażenia egzotyczności dopełnia jeszcze warstwa muzyczna spektaklu. Bracia, wyruszając po owoc naranaszi, śpiewają kilkuwersowy refren, który łatwo zapada w pamięć. Sceny wędrówki i walk także opatrzone są odpowiednim muzycznym komentarzem.
Ateneum to jeden z tych teatrów, które przedstawienia dla najmłodszych przygotowują z największą starannością, dzięki czemu także dorośli chętnie śledzą losy bohaterów opowieści. W „Naranaszi” każdy widz znajdzie coś co go zachwyci, zdziwi i przestraszy. Potem można podziwiać twórców przedstawienia za pomysły i sposób ich realizacji.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Shilpi Somaya Gowda: Sekretna córka

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Trzy historie

„Sekretna córka” to powieść poruszająca temat adopcji i osnuta na międzyludzkich relacjach – ale Shilpi Samaya Gowda włącza w to zagadnienie także różnice kulturowe między Indiami i Ameryką oraz wizję dwóch małżeństw – partnerskiego związku oraz pary, w której kobieta podporządkowuje się bez reszty mężczyźnie. Kavita została wychowana tak, by słuchać męża, nawet wówczas, gdy trudno jej zaakceptować jego decyzje. Gdy rodzi córeczkę, rozczarowany Jasu odbiera jej dziecko i zabija. Drugą córkę Kavita postanawia uratować, oddając do sierocińca. Dopiero trzecia ciąża kończy się po myśli Jasu – Kavita wydaje na świat chłopca. Nie może jednak zapomnieć o tym, że gdzieś żyje Usha, jej sekretna córka, dziecko, którego nie mogła zatrzymać i o którym nikt nie wie. Tymczasem w Kalifornii lekarka, Somer, dowiaduje się, że nie będzie mieć potomstwa. Wraz z pochodzącym z Bombaju mężem decyduje się na adopcję dziewczynki z bombajskiego sierocińca, tak staje się przybraną matką Ushy, przemianowanej na Ashę. Dziewczynka dorasta, zaczynają się jej konflikty z Somer, co prowadzi do nieuniknionych poszukiwań: Asha postanawia znaleźć swoich biologicznych rodziców.

Tak naprawdę schemat z „Sekretnej córki” (adopcja – dorastanie dziecka w nowej rodzinie – decyzja o szukaniu biologicznej matki) jest dobrze znany nie tylko z literatury rozrywkowej, to szkielet wielu wywołujących emocje fabuł. Tu autorce posłużył jako dobry pretekst do ukazania kształtowanych wciąż przez traumy z przeszłości relacji między małżonkami w dwóch różnych miejscach świata. Kavita nie zapomina o tym, co się wydarzyło, ale nie pielęgnuje w sobie nienawiści do Jasu. Musi zresztą skupić się na ryzykownej próbie wyjścia z biednej wioski. Niespodziewanie prawdziwych kłopotów przysparza jej upragniony przez Jasu potomek. Somer z kolei oddala się od rodziny: Indie są dla niej obce, kobieta nie próbuje nawet zrozumieć męża i jego bliskich. W tej rzeczywistości za to świetnie odnajduje się Asha. Gowda prowadzi opowieść z trzech punktów widzenia, trzy kobiety stawia w centrum zainteresowania. To mniej ważne, czy spełnią się ich marzenia – liczy się tylko, jak zbudują one swoje relacje z innymi ludźmi.

Ciekawy wydaje się obraz dwóch różnych rzeczywistości. Gowda prezentuje slumsy w Indiach (od wewnątrz i od zewnątrz, bo trafi do nich w końcu Asha) i bogaty świat Ameryki, w jednej historii marzenia konfrontuje z obskurnym otoczeniem, w drugiej ziszczony sen bohaterów pierwszej opowieści zestawia z niemożliwymi do realizowania pragnieniami. Ta przeplatanka stanowi jeden z większych sukcesów Gowdy.

Autorka wprowadza do książki sporo scen, które mogą się stać zarzewiem konfliktów. Wie dobrze, że bazuje na emocjach bohaterów, a to nie może być solidnym fundamentem opowieści. Kilka razy historia zachwieje się w posadach, co nada „Sekretnej córce” smaku. Jednak chociaż narracja w tomie nastawiona jest na kobiety z różnych kręgów kulturowych, nie wydaje się, żeby Gowda próbowała stawiać banalne pytanie o los przedstawicielek płci pięknej. Nie uogólnia bowiem i nie chce tworzyć opowieści uniwersalnej. Rezygnuje z oczywistości i wzruszających rozwiązań, mnoży za to drobne, codzienne i najzupełniej prywatne klęski, z których składa się mikrokosmos postaci. „Sekretna córka” nie ma być wyciskaczem łez czy czytadłem o posmaku opery mydlanej: to mięsista opowieść, której autorka nie przypochlebia się odbiorcom.