Zakamarki, Poznań 2010.
Cztery w roku
Chociaż wolę książeczki Ulfa Starka pisane prozą, jego wierszyki o Cynamonie i Trusi mają swój urok i dziecięcą naiwność przekuwają na całkiem zgrabne i bardzo krótkie rymowanki. Nie do końca z przekładami o zrygoryzowanej formie radzi sobie Agnieszka Stróżyk – ale ponieważ swoista infantylność wpisana jest w te drobne historyjki, da się to wytrzymać.
Ulf Stark sięga po motywy uniwersalne, by z nich zbudować spójną, rozłożoną na frazy, opowieść. Tym razem tematem, który porządkuje tomik, są pory roku. „Cynamon i Trusia. Wierszyki na okrągły rok” to rodzaj wierszowanego kalendarza. Rozpoczyna się ten tom od poszukiwania lata, które nie wiadomo gdzie się podziało. Poszukiwanie lata to zapowiedź dziwnej, chociaż bez wątpienia ładnej i atrakcyjnej przygody. Ale bohaterowie mają szansę sprawdzić, jakie są uroki jesieni (dokładnie wytłumaczą im to grzyby spotkane na spacerze i bardzo uprzejme). Zima nadchodzi szybko: Cynamonowi i Trusi uda się jeszcze uchronić przed zamarznięciem żuka – i już mogą zająć się śniegiem. Błyskawicznie, bo zaraz nadejdą święta i trzeba będzie ubrać choinkę. Jeszcze tylko słuchanie śpiewu zamarzniętego jeziora i beztroskie zabawy w błocie, toast (wzniesiony pięcioma kroplami wody z sopla) jest dobrym pomysłem na powitanie wiosny. Potem bohaterowie muszą obudzić do życia przyrodę – nakazać drzewom, by te puściły pąki, a mrówkom – by się obudziły. Beztroskie zabawy pochłaniają cały czas i energię Cynamona i Trusi – nic zatem dziwnego, że lato przychodzi niepostrzeżenie i zaskakuje, a także bardzo cieszy postacie. Bo w końcu latem można robić wiele ciekawych rzeczy, a już „najlepsze jest wędkowanie / Bez wędki i bez robaka. / Leży się tylko i patrzy. / Przyjemność nie byle jaka”. Na całą książkę składa się zaledwie czternaście krótkich rymowanek. Zwykle nie przekraczają one rozmiaru dwóch lub trzech czterowersowych zwrotek, Ulf Stark nie troszczy się także specjalnie o fabułę, raczej portretuje Cynamona i Trusię w konkretnej chwili i podczas zwykłej, naturalnej rozmowy, stara się o to, by wierszyki wyglądały na przypadkowo zarejestrowane, to rodzaj wtajemniczenia czy dopuszczenia czytelników do zamkniętego świata Cynamona i Trusi – dziecka i małego królika. Obojgu do szczęścia wystarczy trochę swobody – obserwowanie codzienności okaże się pasjonującą zabawą, do której mali odbiorcy bez trudu będą mogli się przyłączyć.
Charlotte Ramel do swoich rysunków próbuje wprowadzać elementy dowcipu, chociaż rezygnuje z mnóstwa szczegółów. Rysuje ogromne – choć proste w kresce – postacie i pozwala im robić więcej niż sygnalizuje tekst – ale zwykle Cynamon i Trusia przyglądają się czemuś wspólnie bądź pracują nad czymś w skupieniu. Cieszyć może na przykład obrazek, na którym Trusia próbuje złapać płatki śniegu na język, lub ilustracja z czapką w kształcie króliczych uszu.
„Wierszyki na okrągły rok” pomagają odkryć, ile ważnych rzeczy dzieje się dookoła, jeśli tylko maluchy nauczą się obserwować świat. To utworki proste, ale – jak to u Ulfa Starka przeważnie bywa – także niepozbawione drobnych, ważnych odkryć.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
niedziela, 31 lipca 2011
Katarzyna Zyskowska-Ignaciak: Przebudzenie
WNK, Warszawa 2011.
Z dreszczykiem
Kanwa popularnych czytadeł w szczątkowej formie może zamigać w tle „Przebudzenia” Bo skoro Zuzanna, trzydziestoletnia dziennikarka plotkarskiego magazynu dostaje w spadku wartą krocie ziemię na Mazurach, a teren wprost zachęca do otworzenia na nim hotelu czy pensjonatu… Stop! Katarzyna Zyskowska-Ignaciak tą drogą nie pójdzie. W zamian stworzy opowieść wartką, lekko kryminalną, nieprzewidywalną i ciekawą zarazem. „Przebudzenie” nie da się łatwo zaszufladkować, bo czerpie ze zbyt wielu gatunków – za to przynosi sporo rozrywki i zapewni dreszczyk emocji.
Zuzanna czuje się samotna – nie żyją jej bliscy, w związku nie układa się za dobrze, praca nie należy do wymarzonych. I nagle kobieta dowiaduje się o spadku, który zostawił jej brat babci. Powoli zagłębia się w przeszłość, odkrywa nieznane dotąd losy części rodziny, może poczuć się częścią wspólnoty i… zaczyna się bać. Niebezpodstawnie: wokół niej bowiem dzieją się dziwne rzeczy. Najpierw bohaterce śni się wiele razy jeden koszmar, potem ktoś kręci się przy jej mieszkaniu i podrzuca pod drzwi tajemniczy rysunek. A potem uruchamia się cała lawina wydarzeń: bohaterka dowiaduje się o klątwie, jaka spadła na jej przodków, a w Dobie, wsi, w której znajduje się jej kawałek ziemi, spotyka się z niechęcią, a nawet wrogością miejscowych. Na horyzoncie pojawia się również pewien przystojny Anglik…
Katarzyna Zyskowska-Ignaciak buduje fabułę według zaleceń dla powieści detektywistycznych. Tu porzucony rysunek, tam tajemniczy list, nieoczekiwana wiadomość zza grobu (przygotowana oczywiście jeszcze przed śmiercią przez zapobiegliwą babcię), uświadomiony kolega. Przed bohaterką i czytelnikami prawda odsłania się bardzo wolno, w dodatku ciągle coś uniemożliwia rozwiązanie zagadki: a to złodziej ukradnie ostatnią stronę listu, a to ktoś czegoś nie dopowie. Zuzanna musi naprawdę sporo się napracować, by tę potyczkę wygrać – a i tak nie wszystko będzie zależało od niej.
Autorka zdradza zamiłowanie do tajemniczej historii, ale nie stylizuje dawnych listów, co więcej: w ich tworzeniu stawia bardziej na poinformowanie współczesnych czytelników o akcji i na uzasadnienie fabuły niż na realność znalezionych przez Zuzannę dokumentów. To podejście do materii książki nie jest rzadkością w powieściach obyczajowych i nie przeszkadza w czytaniu, chociaż odejmuje jeden ze smaczków tomu. Przyczepić się można też do konstrukcji drugoplanowych postaci: pewne metamorfozy wypadają za mało wiarygodnie, owszem, zapewniają czytelnikom przypływ adrenaliny, ale rozpatrywane na chłodno już nie przekonują do końca. Trochę też zachwiana jest równowaga książki – z obszerną częścią detektywistyczną i krótką partią prawdziwej sensacyjnej akcji.
Nie zmienia to faktu, że „Przebudzenie” jest tomem pomysłowym i dobrą lekturą rozrywkową. To książka, która wyrosła z wizji treści – a nie chęci formalnych popisów – i może przypaść do gustu odbiorczyniom spragnionym czegoś więcej niż sentymentalne opowiadania o zwykłych romansach. Chociaż autorka jeszcze nie do końca panuje nad stylem (a w paru miejscach wymykają jej się spod kontroli zaimki), to jednak docenić trzeba plan akcji – bo to on przyciąga w tej powieści uwagę i nie pozwala książki odłożyć. Ładna, dynamiczna historia oddala się od schematów modnych ostatnio czytadeł - i dobrze na tym wychodzi.
Z dreszczykiem
Kanwa popularnych czytadeł w szczątkowej formie może zamigać w tle „Przebudzenia” Bo skoro Zuzanna, trzydziestoletnia dziennikarka plotkarskiego magazynu dostaje w spadku wartą krocie ziemię na Mazurach, a teren wprost zachęca do otworzenia na nim hotelu czy pensjonatu… Stop! Katarzyna Zyskowska-Ignaciak tą drogą nie pójdzie. W zamian stworzy opowieść wartką, lekko kryminalną, nieprzewidywalną i ciekawą zarazem. „Przebudzenie” nie da się łatwo zaszufladkować, bo czerpie ze zbyt wielu gatunków – za to przynosi sporo rozrywki i zapewni dreszczyk emocji.
Zuzanna czuje się samotna – nie żyją jej bliscy, w związku nie układa się za dobrze, praca nie należy do wymarzonych. I nagle kobieta dowiaduje się o spadku, który zostawił jej brat babci. Powoli zagłębia się w przeszłość, odkrywa nieznane dotąd losy części rodziny, może poczuć się częścią wspólnoty i… zaczyna się bać. Niebezpodstawnie: wokół niej bowiem dzieją się dziwne rzeczy. Najpierw bohaterce śni się wiele razy jeden koszmar, potem ktoś kręci się przy jej mieszkaniu i podrzuca pod drzwi tajemniczy rysunek. A potem uruchamia się cała lawina wydarzeń: bohaterka dowiaduje się o klątwie, jaka spadła na jej przodków, a w Dobie, wsi, w której znajduje się jej kawałek ziemi, spotyka się z niechęcią, a nawet wrogością miejscowych. Na horyzoncie pojawia się również pewien przystojny Anglik…
Katarzyna Zyskowska-Ignaciak buduje fabułę według zaleceń dla powieści detektywistycznych. Tu porzucony rysunek, tam tajemniczy list, nieoczekiwana wiadomość zza grobu (przygotowana oczywiście jeszcze przed śmiercią przez zapobiegliwą babcię), uświadomiony kolega. Przed bohaterką i czytelnikami prawda odsłania się bardzo wolno, w dodatku ciągle coś uniemożliwia rozwiązanie zagadki: a to złodziej ukradnie ostatnią stronę listu, a to ktoś czegoś nie dopowie. Zuzanna musi naprawdę sporo się napracować, by tę potyczkę wygrać – a i tak nie wszystko będzie zależało od niej.
Autorka zdradza zamiłowanie do tajemniczej historii, ale nie stylizuje dawnych listów, co więcej: w ich tworzeniu stawia bardziej na poinformowanie współczesnych czytelników o akcji i na uzasadnienie fabuły niż na realność znalezionych przez Zuzannę dokumentów. To podejście do materii książki nie jest rzadkością w powieściach obyczajowych i nie przeszkadza w czytaniu, chociaż odejmuje jeden ze smaczków tomu. Przyczepić się można też do konstrukcji drugoplanowych postaci: pewne metamorfozy wypadają za mało wiarygodnie, owszem, zapewniają czytelnikom przypływ adrenaliny, ale rozpatrywane na chłodno już nie przekonują do końca. Trochę też zachwiana jest równowaga książki – z obszerną częścią detektywistyczną i krótką partią prawdziwej sensacyjnej akcji.
Nie zmienia to faktu, że „Przebudzenie” jest tomem pomysłowym i dobrą lekturą rozrywkową. To książka, która wyrosła z wizji treści – a nie chęci formalnych popisów – i może przypaść do gustu odbiorczyniom spragnionym czegoś więcej niż sentymentalne opowiadania o zwykłych romansach. Chociaż autorka jeszcze nie do końca panuje nad stylem (a w paru miejscach wymykają jej się spod kontroli zaimki), to jednak docenić trzeba plan akcji – bo to on przyciąga w tej powieści uwagę i nie pozwala książki odłożyć. Ładna, dynamiczna historia oddala się od schematów modnych ostatnio czytadeł - i dobrze na tym wychodzi.
sobota, 30 lipca 2011
Denise Seidl: Zabawy z kotem
Muza SA, Warszawa 2011.
Nie tylko myszki
Kto trzyma w domu kota i chce, by zwierzę było szczęśliwe, wie, że nie może unikać wspólnych zabaw. Z reguły też nie widzi problemu w wymyślaniu, czym zająć pupila (a z pomocą przychodzą mu także sprzedawcy w sklepach zoologicznych, weterynarze czy znajomi). Część ludzi woli jednak podeprzeć się zdaniem książkowych autorytetów, wszak zabawa to sprawa poważna. I oto Muza proponuje stosunkowo niewielki tomik „Zabawy z kotem” – zbiór pomysłów na wspólne harce, uzasadnień dla kolejnych działań i porad, które z pewnością przydadzą się odbiorcom.
Zabawki, na które można polować i futrzane myszki, które przyjemnie nosi się w pyszczku to zaledwie cząstka propozycji, jakie podsuwa Denise Seidl czytelnikom. Autorka opowiada o różnych formach zabawy i tłumaczy, jakie znaczenie mają one dla rozwoju kota (co uspokoi sumienia tych, którzy nie chcą bezsensownie tracić czasu). Sięga po bardziej skomplikowane zabawki, które można kupić, ale opisuje też pomysły, które da się zrealizować samodzielnie i bez nakładów finansowych. Przypomina o tym, co koty lubią najbardziej i podpowiada – na przykład – jak wykorzystać kocimiętkę. Zwraca uwagę na bezpieczeństwo zwierząt (uczula właścicieli na przedmioty zbyt małe i łatwe do połknięcia bądź takie, w które kot mógłby się zaplątać). Autorka dzieli opowieść na zabawy dla samego kota, kota i właściciela, kota i dziecka, dwóch kotów… na zabawy ruchowe, angażujące zmysły i inteligencję. Robi wszystko, by przełamać rutynę ćwiczeń i by urozmaicić codzienną dawkę rozrywki. Na marginesie objaśnia też zachowania kotów i pisze o tym, co dana umiejętność znaczy dla pupila. Przygotowuje dla czytelników tabele i testy sprawdzające – wypunktowane zbiory zasad i podpowiedzi, które ułatwią zabawę lub pozwolą wyeliminować zagrożenia. W polskim tłumaczeniu zabrakło trochę synonimów „kota” („domowe tygrysy” po pewnym czasie mogą się znudzić).
Poza wiadomościami w co się bawić i czym się bawić, Denise Seidl podpowiada także jak się bawić, żeby koty były zadowolone. Niektórych może zaskoczyć informacja o tym, że zabawkę, która przynosi dużo radości, należy chować, by kot się nią zbyt szybko nie znudził. Innych zastanowią kwestie związane z wychowaniem pupila. Sporo tu uwag – czasem odkrywczych, czasem oczywistych, z pewnością przydatnych dla zapalonych kociarzy i dla ludzi, którzy dopiero zaczynają opiekować się kotem.
Ale sama książka przeznaczona jest nie tylko dla hodowców i właścicieli zwierząt. Czerpać z niej przyjemność mogą również zwykli odbiorcy, bowiem „Zabawy z kotem” to tom pełen zdjęć zadowolonych, rozbawionych zwierząt. Bywa, że ich zachowania prezentowane są kadr po kadrze, zdarzają się też fotografie „neutralne”, zdjęcia, które zachwycą, wywołają rozczulenie lub ucieszą. Oglądanie tej publikacji to prawdziwa przyjemność.
Nie tylko myszki
Kto trzyma w domu kota i chce, by zwierzę było szczęśliwe, wie, że nie może unikać wspólnych zabaw. Z reguły też nie widzi problemu w wymyślaniu, czym zająć pupila (a z pomocą przychodzą mu także sprzedawcy w sklepach zoologicznych, weterynarze czy znajomi). Część ludzi woli jednak podeprzeć się zdaniem książkowych autorytetów, wszak zabawa to sprawa poważna. I oto Muza proponuje stosunkowo niewielki tomik „Zabawy z kotem” – zbiór pomysłów na wspólne harce, uzasadnień dla kolejnych działań i porad, które z pewnością przydadzą się odbiorcom.
Zabawki, na które można polować i futrzane myszki, które przyjemnie nosi się w pyszczku to zaledwie cząstka propozycji, jakie podsuwa Denise Seidl czytelnikom. Autorka opowiada o różnych formach zabawy i tłumaczy, jakie znaczenie mają one dla rozwoju kota (co uspokoi sumienia tych, którzy nie chcą bezsensownie tracić czasu). Sięga po bardziej skomplikowane zabawki, które można kupić, ale opisuje też pomysły, które da się zrealizować samodzielnie i bez nakładów finansowych. Przypomina o tym, co koty lubią najbardziej i podpowiada – na przykład – jak wykorzystać kocimiętkę. Zwraca uwagę na bezpieczeństwo zwierząt (uczula właścicieli na przedmioty zbyt małe i łatwe do połknięcia bądź takie, w które kot mógłby się zaplątać). Autorka dzieli opowieść na zabawy dla samego kota, kota i właściciela, kota i dziecka, dwóch kotów… na zabawy ruchowe, angażujące zmysły i inteligencję. Robi wszystko, by przełamać rutynę ćwiczeń i by urozmaicić codzienną dawkę rozrywki. Na marginesie objaśnia też zachowania kotów i pisze o tym, co dana umiejętność znaczy dla pupila. Przygotowuje dla czytelników tabele i testy sprawdzające – wypunktowane zbiory zasad i podpowiedzi, które ułatwią zabawę lub pozwolą wyeliminować zagrożenia. W polskim tłumaczeniu zabrakło trochę synonimów „kota” („domowe tygrysy” po pewnym czasie mogą się znudzić).
Poza wiadomościami w co się bawić i czym się bawić, Denise Seidl podpowiada także jak się bawić, żeby koty były zadowolone. Niektórych może zaskoczyć informacja o tym, że zabawkę, która przynosi dużo radości, należy chować, by kot się nią zbyt szybko nie znudził. Innych zastanowią kwestie związane z wychowaniem pupila. Sporo tu uwag – czasem odkrywczych, czasem oczywistych, z pewnością przydatnych dla zapalonych kociarzy i dla ludzi, którzy dopiero zaczynają opiekować się kotem.
Ale sama książka przeznaczona jest nie tylko dla hodowców i właścicieli zwierząt. Czerpać z niej przyjemność mogą również zwykli odbiorcy, bowiem „Zabawy z kotem” to tom pełen zdjęć zadowolonych, rozbawionych zwierząt. Bywa, że ich zachowania prezentowane są kadr po kadrze, zdarzają się też fotografie „neutralne”, zdjęcia, które zachwycą, wywołają rozczulenie lub ucieszą. Oglądanie tej publikacji to prawdziwa przyjemność.
piątek, 29 lipca 2011
Bill Hurter: Światło mieszane w praktyce
Galaktyka, Łódź 2011
Zdjęcia na błysk
Fotografia ślubna to jedna z tych gałęzi profesjonalnej fotografii, na którą popyt nie słabnie, wbrew ogólnorynkowym tendencjom. W dodatku w praktyce jednym z częściej stosowanych rodzajów oświetlenia jest połączenie światła zastanego i sztucznego (generowanego przez lampy błyskowe czy reflektory). Bill Hurter połączył zatem te elementy i w tomie „Światło mieszane w praktyce” gromadzi pomysły na niebanalne i satysfakcjonujące ujęcia, które zadowolą klientów i przyniosą uznanie oglądających. Ponieważ zasadniczym tematem – mimo ograniczenia specjalizacji do fotografii ślubnej i portretowej – jest światło, tom wpisuje się w serię Galaktyki „… w praktyce” i staje się naturalnym rozwinięciem oświetleniowego cyklu.
Rozpoczyna się ta książka od podstaw absolutnych: zachowania światła (odbicia i rozproszenia), temperatury barwowej, światła głównego i wypełniającego… ale szczegóły dotyczące oświetlenia portretowego już za moment się przydadzą, zresztą po tom sięgnąć mogą nie tylko fani serii, ale i niezorientowani w niuansach czytelnicy – Hurter zapewnia im solidną porcję wiedzy. Rozpatruje osobno cechy światła studyjnego, osobno – tego z pleneru, by w końcu móc lepiej wytłumaczyć, jak światło zastane uzupełniać, czym i w jakim celu. Wszystkie wywody bogato ilustruje zdjęciami, wzbogaconymi o obszerne podpisy (tu zmieściły się tajniki przygotowywanych ujęć).
W tym tomie dość dużo jest poprawek wprowadzanych w programach graficznych. Autor często przyznaje, że zdjęcie zostało skorygowane – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owa korekta dotyczy niekiedy planów oświetleniowych, na przykład przyciemnienia wybranych partii fotografii. Nie wszystkie rozwiązania przypadną zatem odbiorcom do gustu, ale spora ich część podpowie kierunki własnych twórczych poszukiwań. Zwłaszcza że autor sięga po prace różnych twórców i dość dowolnie je przywołuje, tak, że monotematyczności towarzyszy warsztatowo-kreatywna rozmaitość. Różne sposoby aranżowania fotografii panien młodych oraz zdjęć portretowych pokazują odbiorcom – bez względu na to, po której stronie obiektywu ci się znajdą – potencjał tkwiący w sztuce zatrzymywania chwil w kadrze. Przez cały czas Bill Hurter nie traci z oczu motywu przewodniego swojej książki, to jest oświetlenia – nacisk kładzie między innymi na zestawianie światła wpadającego przez okna ze sposobami doświetlenia obrazu, instruuje fotografów, jak mogą wykorzystywać zastane warunki i modyfikować światło, by stworzyć udane zdjęcie.
Chociaż od strony technicznej nie ma w tej książce nic odkrywczego, skorzystają na niej przede wszystkim szukający pomysłów na ciekawe aranżacje – nie trzeba nawet kopiować propozycji ze „Światła mieszanego”, zdjęcia zamieszczone w publikacji same przyniosą dobre podpowiedzi. Dla fachowców będzie to natomiast rzetelnie przygotowana (i oczyszczona z wszelkiego rodzaju trudności) pozycja, która pomoże wzbogacić i urozmaicić codzienną pracę.
Zdjęcia na błysk
Fotografia ślubna to jedna z tych gałęzi profesjonalnej fotografii, na którą popyt nie słabnie, wbrew ogólnorynkowym tendencjom. W dodatku w praktyce jednym z częściej stosowanych rodzajów oświetlenia jest połączenie światła zastanego i sztucznego (generowanego przez lampy błyskowe czy reflektory). Bill Hurter połączył zatem te elementy i w tomie „Światło mieszane w praktyce” gromadzi pomysły na niebanalne i satysfakcjonujące ujęcia, które zadowolą klientów i przyniosą uznanie oglądających. Ponieważ zasadniczym tematem – mimo ograniczenia specjalizacji do fotografii ślubnej i portretowej – jest światło, tom wpisuje się w serię Galaktyki „… w praktyce” i staje się naturalnym rozwinięciem oświetleniowego cyklu.
Rozpoczyna się ta książka od podstaw absolutnych: zachowania światła (odbicia i rozproszenia), temperatury barwowej, światła głównego i wypełniającego… ale szczegóły dotyczące oświetlenia portretowego już za moment się przydadzą, zresztą po tom sięgnąć mogą nie tylko fani serii, ale i niezorientowani w niuansach czytelnicy – Hurter zapewnia im solidną porcję wiedzy. Rozpatruje osobno cechy światła studyjnego, osobno – tego z pleneru, by w końcu móc lepiej wytłumaczyć, jak światło zastane uzupełniać, czym i w jakim celu. Wszystkie wywody bogato ilustruje zdjęciami, wzbogaconymi o obszerne podpisy (tu zmieściły się tajniki przygotowywanych ujęć).
W tym tomie dość dużo jest poprawek wprowadzanych w programach graficznych. Autor często przyznaje, że zdjęcie zostało skorygowane – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owa korekta dotyczy niekiedy planów oświetleniowych, na przykład przyciemnienia wybranych partii fotografii. Nie wszystkie rozwiązania przypadną zatem odbiorcom do gustu, ale spora ich część podpowie kierunki własnych twórczych poszukiwań. Zwłaszcza że autor sięga po prace różnych twórców i dość dowolnie je przywołuje, tak, że monotematyczności towarzyszy warsztatowo-kreatywna rozmaitość. Różne sposoby aranżowania fotografii panien młodych oraz zdjęć portretowych pokazują odbiorcom – bez względu na to, po której stronie obiektywu ci się znajdą – potencjał tkwiący w sztuce zatrzymywania chwil w kadrze. Przez cały czas Bill Hurter nie traci z oczu motywu przewodniego swojej książki, to jest oświetlenia – nacisk kładzie między innymi na zestawianie światła wpadającego przez okna ze sposobami doświetlenia obrazu, instruuje fotografów, jak mogą wykorzystywać zastane warunki i modyfikować światło, by stworzyć udane zdjęcie.
Chociaż od strony technicznej nie ma w tej książce nic odkrywczego, skorzystają na niej przede wszystkim szukający pomysłów na ciekawe aranżacje – nie trzeba nawet kopiować propozycji ze „Światła mieszanego”, zdjęcia zamieszczone w publikacji same przyniosą dobre podpowiedzi. Dla fachowców będzie to natomiast rzetelnie przygotowana (i oczyszczona z wszelkiego rodzaju trudności) pozycja, która pomoże wzbogacić i urozmaicić codzienną pracę.
czwartek, 28 lipca 2011
Anna i Siergiej Litwinowie: Wycieczka na tamten świat
Oficynka, Gdańsk 2011.
Wyścig z…
Lekkich kryminałów miłośnikom gatunku ciągle brakuje. Ale „Wycieczka na tamten świat”, którą wspólnie stworzyło rodzeństwo, Anna i Siergiej Litwinowie, spełnia wymagania oczekujących rozrywki czytelników. Ta powieść wykorzystuje temat nośny dziennikarsko, ale czerpie też z historii sensacyjnych i obyczajowych. Jest napisana z pomysłem i pozbawiona ciężkich do czytania miejsc, a przy tym zapewnia nieco urokliwej staroświeckości, powracając do mechanizmów, które we współczesnych kryminałach uznawane są za przebrzmiałe.
Tania, doktorantka psychologii, Dima, dziennikarz z ambicjami oraz Igor, utalentowany hazardzista to trójka bohaterów „Wycieczki na tamten świat”. Los połączy ich w samolocie lecącym do Archangielska. Kiedy na pokładzie ktoś odpala świecę dymną i zachodzi podejrzenie ataku terrorystycznego, Tania i Dima dostrzegają otwarte drzwi samolotu – i nieprzytomnego mężczyznę, który zaraz przez nie wypadnie. Oboje mają ze sobą spadochrony nielegalnie wniesione na pokład, decydują się zatem na skok, zabierając ze sobą pechowca z pokładu. Szybko jednak okazuje się, że są poszukiwani przez milicję jako domniemani terroryści. Igor w dodatku ma jeszcze swoje porachunki w świecie przestępczym. Bohaterowie muszą uciekać. I na ich brawurowej ucieczce spoczywa ciężar akcji.
Anna i Siergiej Litwinowie napisali historię dynamiczną i pełną przygód miejscami rodem z filmów akcji, ale wyraźnie widać, że podstawowym dla nich celem stało się dostarczenie czytelnikom rozrywki. Na dłuższą metę nic złego nie może bohaterów spotkać, kiedy już obudzą sympatię odbiorców, będą grupką pod specjalną ochroną. Mimo że autorzy starają się wiernie odtworzyć realia obyczajowo-społeczne, dość często przeskakują w opowieści do działań służb specjalnych i budują napięcie rozmaitymi, dobrze znanymi w literaturze kryminalnej środkami, nie uzyskają wrażenia prawdziwości fabuły. Genologicznie to niemal młodzieżowa opowieść, tak płynna jest i pozbawiona wielkich wstrząsów. Czasami na horyzoncie pojawia się nietypowy rekwizyt, który zapowiada ważne wydarzenia, a potem znika i w końcu powraca na moment, by okazać się niewypałem (tak jest z początkowym katalizatorem akcji, misiem), czasami zastosowane rozwiązania są zbyt przewidywalne, żeby nabrali się na nie wielbiciele kryminałów. Ale i tak naprawdę w „Wycieczce na tamten świat” nie chodzi o tworzenie misternej intrygi, która wymagałaby od odbiorców zdolności dedukcyjnych i logicznego myślenia. W samej powieści też nie ma detektywa, który przejąłby naprawdę śledztwo – czytelnicy sympatyzują z przestępcami, którzy przestępcami nie są – i którzy nie mają zamiaru rozwiązywać skomplikowanych zagadek. Poboczne wątki kryminalne przypominają raczej zdobycze powieści przygodowej i może tak właśnie należałoby pierwszy tom o Tani Sadownikowej zaklasyfikować.
Autorzy wybrali opowiadanie za pomocą krótkich migawek, stale przeskakują od trójki głównych bohaterów do dalszoplanowych postaci, uzyskując dzięki temu przestrzenność historii. Posługują się krótkimi frazami, czasem nieco kolokwializmami, a do tego dodają leciutki, trudny do uchwycenia humor, zapewniający książce pogodny i przyjemny ton. Jeśli ktoś lubuje się w mrocznych i trudnych kryminałach, w „Wycieczce” nie ma czego szukać. Cała reszta odbiorców może ten styl pisania, dobry na chwilę wytchnienia, polubić.
Wyścig z…
Lekkich kryminałów miłośnikom gatunku ciągle brakuje. Ale „Wycieczka na tamten świat”, którą wspólnie stworzyło rodzeństwo, Anna i Siergiej Litwinowie, spełnia wymagania oczekujących rozrywki czytelników. Ta powieść wykorzystuje temat nośny dziennikarsko, ale czerpie też z historii sensacyjnych i obyczajowych. Jest napisana z pomysłem i pozbawiona ciężkich do czytania miejsc, a przy tym zapewnia nieco urokliwej staroświeckości, powracając do mechanizmów, które we współczesnych kryminałach uznawane są za przebrzmiałe.
Tania, doktorantka psychologii, Dima, dziennikarz z ambicjami oraz Igor, utalentowany hazardzista to trójka bohaterów „Wycieczki na tamten świat”. Los połączy ich w samolocie lecącym do Archangielska. Kiedy na pokładzie ktoś odpala świecę dymną i zachodzi podejrzenie ataku terrorystycznego, Tania i Dima dostrzegają otwarte drzwi samolotu – i nieprzytomnego mężczyznę, który zaraz przez nie wypadnie. Oboje mają ze sobą spadochrony nielegalnie wniesione na pokład, decydują się zatem na skok, zabierając ze sobą pechowca z pokładu. Szybko jednak okazuje się, że są poszukiwani przez milicję jako domniemani terroryści. Igor w dodatku ma jeszcze swoje porachunki w świecie przestępczym. Bohaterowie muszą uciekać. I na ich brawurowej ucieczce spoczywa ciężar akcji.
Anna i Siergiej Litwinowie napisali historię dynamiczną i pełną przygód miejscami rodem z filmów akcji, ale wyraźnie widać, że podstawowym dla nich celem stało się dostarczenie czytelnikom rozrywki. Na dłuższą metę nic złego nie może bohaterów spotkać, kiedy już obudzą sympatię odbiorców, będą grupką pod specjalną ochroną. Mimo że autorzy starają się wiernie odtworzyć realia obyczajowo-społeczne, dość często przeskakują w opowieści do działań służb specjalnych i budują napięcie rozmaitymi, dobrze znanymi w literaturze kryminalnej środkami, nie uzyskają wrażenia prawdziwości fabuły. Genologicznie to niemal młodzieżowa opowieść, tak płynna jest i pozbawiona wielkich wstrząsów. Czasami na horyzoncie pojawia się nietypowy rekwizyt, który zapowiada ważne wydarzenia, a potem znika i w końcu powraca na moment, by okazać się niewypałem (tak jest z początkowym katalizatorem akcji, misiem), czasami zastosowane rozwiązania są zbyt przewidywalne, żeby nabrali się na nie wielbiciele kryminałów. Ale i tak naprawdę w „Wycieczce na tamten świat” nie chodzi o tworzenie misternej intrygi, która wymagałaby od odbiorców zdolności dedukcyjnych i logicznego myślenia. W samej powieści też nie ma detektywa, który przejąłby naprawdę śledztwo – czytelnicy sympatyzują z przestępcami, którzy przestępcami nie są – i którzy nie mają zamiaru rozwiązywać skomplikowanych zagadek. Poboczne wątki kryminalne przypominają raczej zdobycze powieści przygodowej i może tak właśnie należałoby pierwszy tom o Tani Sadownikowej zaklasyfikować.
Autorzy wybrali opowiadanie za pomocą krótkich migawek, stale przeskakują od trójki głównych bohaterów do dalszoplanowych postaci, uzyskując dzięki temu przestrzenność historii. Posługują się krótkimi frazami, czasem nieco kolokwializmami, a do tego dodają leciutki, trudny do uchwycenia humor, zapewniający książce pogodny i przyjemny ton. Jeśli ktoś lubuje się w mrocznych i trudnych kryminałach, w „Wycieczce” nie ma czego szukać. Cała reszta odbiorców może ten styl pisania, dobry na chwilę wytchnienia, polubić.
środa, 27 lipca 2011
Blain Brown: Światło w filmie (wyd. 2)
Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2011.
Precyzja na planie
Podręcznik „Światło w filmie” Blaina Browna to książka, która do niczego nie przyda się laikom i amatorom, za to dla kształcących się w kierunku pracy w charakterze operatora światła to publikacja niezastąpiona. Może także przydać się w pracy reżyserom – by ci dowiedzieli się, jak porozumiewać się z ekipą od oświetlenia na planie. Przede wszystkim jednak przygotowuje do wykorzystywania różnych źródeł światła i zapewnia solidną porcję wiedzy. Autor nie zajmuje się zdradzaniem szczegółów z warsztatu filmowca, za to dokładnie przygląda się pracy tych, o których zwykle podczas oglądania gotowej produkcji odbiorcy zapominają. Wtajemnicza adeptów sztuki oświetlania planu w specyfikę zawodu kompleksowo – odwołując się nawet do komunikacji przy zdjęciach. Fachowe wskazówki dzieli natomiast na różne dziedziny – kompozycja tomu jest bardzo spójna i pozbawiona elementów przypadkowych, natomiast tematyka kolejnych działów zdradza, jak szeroką wiedzę (i z jak różnych specjalizacji) posiadać musi oświetleniowiec.
Brown rozpoczyna książkę klasycznie, przedstawiając skrótowo historię oświetlenia w filmie – i chociaż zawarte w tym fragmencie informacje trudno byłoby zastosować w praktyce, stanowią one rodzaj płynnego wprowadzenia do opisu charakterystycznych i stosowanych dzisiaj źródeł światła. Autor prezentuje często wykorzystywane typy lamp i kilka rodzajów reflektorów, skupiając się na specyfice ich użytkowania. Zwraca na przykład uwagę na zastosowania tych źródeł światła (zderzając ich możliwości ze spotykanymi zwykle na planie potrzebami reżyserów), ostrzega też przed ewentualnymi wadami. Momentami zamienia się wręcz w doradcę, bardziej doświadczonego kolegę po fachu, który objaśnia, co zrobić, gdy określony rodzaj lamp nie chce z jakiegoś powodu działać – podana przez niego lista czynności sprawdzających usterkę pozwoli na szybkie naprawienie elementu planu oświetleniowego. Zresztą Brown kładzie duży nacisk na tempo działań, świadomy kosztów produkcji filmowych. Nie dziwi zatem sposób rozwiązania kolejnej partii – poświęconej podstawom oświetlenia ludzi i scen. Autor przywołuje serie pytań, które mają pomóc w dobrym zorientowaniu się w planowanych ujęciach, dość skrótowo ujmuje zagadnienia związane z oświetlaniem ludzi (ten temat rozwijany jest przecież do znudzenia w książkach poświęconych fotografii portretowej, nie ma zatem potrzeby dublowania go), wybiera za to kilka charakterystycznych motywów, które mogłyby sprawić trudność w reżyserowaniu światła – między innymi nocne spotkania przy ognisku czy ujęcie z małą lampką w kadrze. Podpowiada triki, które mogą ułatwić pracę – oraz dobre sposoby rozplanowania scen. Część odbiorców może uważać, że ta partia jest zbyt krótka – ale przecież byłoby niemożliwe rozpisanie i objaśnienie wszystkich „świetlnych” obrazów, a praca oświetleniowca uzależniona jest nie tylko od reżyserskiej wizji, ale i od możliwości technicznych, co zostawia spore pole do improwizacji.
Trzy następne części książki dotyczą spraw najtrudniejszych, lecz pozwalają zrezygnować z generującej błędy pracy intuicyjnej. Dotyczą kolejno realizacji obrazu (tu kluczowa okazuje się kwestia różnic między oświetleniem dla filmu i wideo), ekspozycji (poza wartością przysłony pojawi się między innymi kwestia czułości błony filmowej, obróbki chemicznej czy określania ekspozycji, pracy z miernikami światła itp.), wreszcie tematu teorii i kontroli barw: tu po raz kolejny powrócić muszą wiadomości z fizyki, podporządkowane pracy filmowców – mierniki koloru, temperatura barwowa światła, balans koloru i praca z filtrami (to ostatnie w szczątkowym zakresie). Brown przechodzi potem do opowiadania o elektryczności – to rozdział najsilniej przesycony rozmaitymi ostrzeżeniami i przestrogami – podstawą jest w końcu bezpieczeństwo pracy. Dopiero po ustaleniu podstaw powraca do „właściwego” jakby się wydawało zagadnienia – najpierw przywołuje zestaw elementów pomocniczych w modyfikowaniu światła i przedstawia ich prawidłowe mocowanie, wreszcie dochodzi do prezentowania zadań członków ekipy oświetleniowej. Wymienia nie tylko ich zadania, ale i narzędzia, które ci powinni przy sobie mieć. Dodatkowo stara się cały czas przewidywać sytuacje na planie (radzi na przykład, co przynieść również, kiedy zostaniemy poproszeni przez mistrza oświetlenia o konkretną rzecz, by zaoszczędzić sobie czasu). Całość wieńczy czysto techniczny przegląd lamp i opraw oraz nieoceniony z punktu widzenia oświetleniowca zbiór podpowiedzi, jak radzić sobie z efektami migotania czy jak tworzyć specjalne efekty świetlne.
Blain Brown przez cały czas ma na uwadze przydatność podręcznika w praktyce, stąd duża ilość wskazówek, schematów działania czy komentarzy wziętych wprost z pracy na planie filmowym. Autor nie wybiera suchej teorii, da się zauważyć, że pasjonuje się tematem, a jednocześnie potrafi z punktu widzenia fachowca ocenić, co mniej doświadczonym pracownikom sprawi trudność. Parę razy pozwala sobie nawet na mrugnięcie okiem do odbiorców, co nadaje lekkości poszczególnym fragmentom. Książka jest bogato ilustrowana, dzięki czemu czytelnicy mogą obejrzeć omawiane źródła światła czy zapoznać się z wybranymi filmowymi scenami i schematami oświetlenia dla nich. Ten podręcznik rozwiewa wiele wątpliwości, jakie pojawić się mogą podczas pracy, a jednocześnie świetnie przygotowuje do wejścia na plan.
Precyzja na planie
Podręcznik „Światło w filmie” Blaina Browna to książka, która do niczego nie przyda się laikom i amatorom, za to dla kształcących się w kierunku pracy w charakterze operatora światła to publikacja niezastąpiona. Może także przydać się w pracy reżyserom – by ci dowiedzieli się, jak porozumiewać się z ekipą od oświetlenia na planie. Przede wszystkim jednak przygotowuje do wykorzystywania różnych źródeł światła i zapewnia solidną porcję wiedzy. Autor nie zajmuje się zdradzaniem szczegółów z warsztatu filmowca, za to dokładnie przygląda się pracy tych, o których zwykle podczas oglądania gotowej produkcji odbiorcy zapominają. Wtajemnicza adeptów sztuki oświetlania planu w specyfikę zawodu kompleksowo – odwołując się nawet do komunikacji przy zdjęciach. Fachowe wskazówki dzieli natomiast na różne dziedziny – kompozycja tomu jest bardzo spójna i pozbawiona elementów przypadkowych, natomiast tematyka kolejnych działów zdradza, jak szeroką wiedzę (i z jak różnych specjalizacji) posiadać musi oświetleniowiec.
Brown rozpoczyna książkę klasycznie, przedstawiając skrótowo historię oświetlenia w filmie – i chociaż zawarte w tym fragmencie informacje trudno byłoby zastosować w praktyce, stanowią one rodzaj płynnego wprowadzenia do opisu charakterystycznych i stosowanych dzisiaj źródeł światła. Autor prezentuje często wykorzystywane typy lamp i kilka rodzajów reflektorów, skupiając się na specyfice ich użytkowania. Zwraca na przykład uwagę na zastosowania tych źródeł światła (zderzając ich możliwości ze spotykanymi zwykle na planie potrzebami reżyserów), ostrzega też przed ewentualnymi wadami. Momentami zamienia się wręcz w doradcę, bardziej doświadczonego kolegę po fachu, który objaśnia, co zrobić, gdy określony rodzaj lamp nie chce z jakiegoś powodu działać – podana przez niego lista czynności sprawdzających usterkę pozwoli na szybkie naprawienie elementu planu oświetleniowego. Zresztą Brown kładzie duży nacisk na tempo działań, świadomy kosztów produkcji filmowych. Nie dziwi zatem sposób rozwiązania kolejnej partii – poświęconej podstawom oświetlenia ludzi i scen. Autor przywołuje serie pytań, które mają pomóc w dobrym zorientowaniu się w planowanych ujęciach, dość skrótowo ujmuje zagadnienia związane z oświetlaniem ludzi (ten temat rozwijany jest przecież do znudzenia w książkach poświęconych fotografii portretowej, nie ma zatem potrzeby dublowania go), wybiera za to kilka charakterystycznych motywów, które mogłyby sprawić trudność w reżyserowaniu światła – między innymi nocne spotkania przy ognisku czy ujęcie z małą lampką w kadrze. Podpowiada triki, które mogą ułatwić pracę – oraz dobre sposoby rozplanowania scen. Część odbiorców może uważać, że ta partia jest zbyt krótka – ale przecież byłoby niemożliwe rozpisanie i objaśnienie wszystkich „świetlnych” obrazów, a praca oświetleniowca uzależniona jest nie tylko od reżyserskiej wizji, ale i od możliwości technicznych, co zostawia spore pole do improwizacji.
Trzy następne części książki dotyczą spraw najtrudniejszych, lecz pozwalają zrezygnować z generującej błędy pracy intuicyjnej. Dotyczą kolejno realizacji obrazu (tu kluczowa okazuje się kwestia różnic między oświetleniem dla filmu i wideo), ekspozycji (poza wartością przysłony pojawi się między innymi kwestia czułości błony filmowej, obróbki chemicznej czy określania ekspozycji, pracy z miernikami światła itp.), wreszcie tematu teorii i kontroli barw: tu po raz kolejny powrócić muszą wiadomości z fizyki, podporządkowane pracy filmowców – mierniki koloru, temperatura barwowa światła, balans koloru i praca z filtrami (to ostatnie w szczątkowym zakresie). Brown przechodzi potem do opowiadania o elektryczności – to rozdział najsilniej przesycony rozmaitymi ostrzeżeniami i przestrogami – podstawą jest w końcu bezpieczeństwo pracy. Dopiero po ustaleniu podstaw powraca do „właściwego” jakby się wydawało zagadnienia – najpierw przywołuje zestaw elementów pomocniczych w modyfikowaniu światła i przedstawia ich prawidłowe mocowanie, wreszcie dochodzi do prezentowania zadań członków ekipy oświetleniowej. Wymienia nie tylko ich zadania, ale i narzędzia, które ci powinni przy sobie mieć. Dodatkowo stara się cały czas przewidywać sytuacje na planie (radzi na przykład, co przynieść również, kiedy zostaniemy poproszeni przez mistrza oświetlenia o konkretną rzecz, by zaoszczędzić sobie czasu). Całość wieńczy czysto techniczny przegląd lamp i opraw oraz nieoceniony z punktu widzenia oświetleniowca zbiór podpowiedzi, jak radzić sobie z efektami migotania czy jak tworzyć specjalne efekty świetlne.
Blain Brown przez cały czas ma na uwadze przydatność podręcznika w praktyce, stąd duża ilość wskazówek, schematów działania czy komentarzy wziętych wprost z pracy na planie filmowym. Autor nie wybiera suchej teorii, da się zauważyć, że pasjonuje się tematem, a jednocześnie potrafi z punktu widzenia fachowca ocenić, co mniej doświadczonym pracownikom sprawi trudność. Parę razy pozwala sobie nawet na mrugnięcie okiem do odbiorców, co nadaje lekkości poszczególnym fragmentom. Książka jest bogato ilustrowana, dzięki czemu czytelnicy mogą obejrzeć omawiane źródła światła czy zapoznać się z wybranymi filmowymi scenami i schematami oświetlenia dla nich. Ten podręcznik rozwiewa wiele wątpliwości, jakie pojawić się mogą podczas pracy, a jednocześnie świetnie przygotowuje do wejścia na plan.
wtorek, 26 lipca 2011
Nancy Woodruff: Romans mojej żony
WNK, Warszawa 2011.
Scena życia
Nancy Woodruff nie pozostawia czytelnikom złudzeń co do zachowania bohaterki tomu. Już w tytule zdradza, w jakim kierunku zmierzać będzie akcja. Mało tego, w narracji prowadzonej przez zdradzonego i cierpiącego męża co jakiś czas umieszcza przypomnienie, że Georgie Connolly, spełniona jako matka trzech bystrych chłopców, zdecydowała się na romans i rozbiła swoją rodzinę. O tym czytelnicy nie zapomną. Ale nie będą wiedzieli, że banalny w swej istocie romans ma swój drugi finał, tym razem już niezapowiadany i nawet trudny do przewidzenia. Śledzenie losów postaci nie przemieni się zatem całkowicie w podziwianie warsztatu przy stypizowanej i pozbawionej emocji fabule, bez obaw.
Autorka decyduje się na połączenie dwóch opowieści. Jedna dotyczy Georgie, która właśnie przeprowadziła się do Londynu i otrzymała rolę w monodramie. Druga narracja to jakby skrawki owego monodramu, historia osiemnastowiecznej aktorki, która urodziła trzynaścioro nieślubnych dzieci i przeżywała prawdziwe rozdarcie między uczuciami macierzyńskimi a pracą… Georgie rozumie bohaterkę, którą przyszło jej grać: sama przeżywa podobne dylematy kiedy musi opuszczać synów i jechać na próbę. Jest zmęczona dyskusjami z reżyserką sztuki, a w dodatku wdaje się w romans z autorem utworu.
Woddruff prowadzi całą opowieść z perspektywy oszukanego męża. Przynajmniej formalnie, bo nie jest do tego tonu specjalnie przywiązana. Nie stara się nawet uczynić narracji bardziej męską, wręcz przeciwnie, nasyca ją trudną do uchwycenia kobiecością. Peter Martin, człowiek, który sam siebie postrzega jako osobę nieciekawą i bezbarwną, w opowiadaniu zwraca uwagę na zmysły, skupia się na detalach, które w naturalnym męskim opisie nie znalazłyby miejsca. Co więcej, autorka często gubi tę postać i przechodzi do relacjonowania fabuły z punktu widzenia narratora wszystkowiedzącego. Oczywiście według książki to rozwiązanie jest jak najbardziej uprawomocnione – w końcu gdy mężczyzna dowiedział się o romansie żony, domagał się szczegółów, był więc poinformowany do tego stopnia, że mógł odtwarzać nawet myśli i najskrytsze odczucia kobiety. W efekcie Woodruff proponuje odświeżające spojrzenie na stypizowany do bólu obrazek i cieszy już samym sposobem opisania wydarzeń. Dobrym pomysłem jest też stopniowe odsłanianie nieanonsowanych scen i sytuacji. By uniknąć monotonii, autorka wprowadza także tekst monodramu, który bardziej przypomina rozczłonkowany monolog i pozbawiony jest scenicznego tempa – ale ożywa w zderzeniu z egzystencją jego odtwórczyni. Nietrudno zauważyć, że niedobór teatralnych gestów w ramach monodramu zrównoważyła Nancy Woodruff przez wyraziste zakończenia rozdziałów. Nie ma w nich silnych puent, a wyjątkowa wrażliwość na zachowania, które zdradzają właściwości katalizujące fabułę.
W niespiesznej a dramatycznej historii Woodruff połączyła literackość opisu i wielkie emocje, które brzmią, jakby były wyjęte z czytadła obyczajowego. Całość zamknęła w powieści z mocno rozbudowaną warstwą psychologiczną.
Scena życia
Nancy Woodruff nie pozostawia czytelnikom złudzeń co do zachowania bohaterki tomu. Już w tytule zdradza, w jakim kierunku zmierzać będzie akcja. Mało tego, w narracji prowadzonej przez zdradzonego i cierpiącego męża co jakiś czas umieszcza przypomnienie, że Georgie Connolly, spełniona jako matka trzech bystrych chłopców, zdecydowała się na romans i rozbiła swoją rodzinę. O tym czytelnicy nie zapomną. Ale nie będą wiedzieli, że banalny w swej istocie romans ma swój drugi finał, tym razem już niezapowiadany i nawet trudny do przewidzenia. Śledzenie losów postaci nie przemieni się zatem całkowicie w podziwianie warsztatu przy stypizowanej i pozbawionej emocji fabule, bez obaw.
Autorka decyduje się na połączenie dwóch opowieści. Jedna dotyczy Georgie, która właśnie przeprowadziła się do Londynu i otrzymała rolę w monodramie. Druga narracja to jakby skrawki owego monodramu, historia osiemnastowiecznej aktorki, która urodziła trzynaścioro nieślubnych dzieci i przeżywała prawdziwe rozdarcie między uczuciami macierzyńskimi a pracą… Georgie rozumie bohaterkę, którą przyszło jej grać: sama przeżywa podobne dylematy kiedy musi opuszczać synów i jechać na próbę. Jest zmęczona dyskusjami z reżyserką sztuki, a w dodatku wdaje się w romans z autorem utworu.
Woddruff prowadzi całą opowieść z perspektywy oszukanego męża. Przynajmniej formalnie, bo nie jest do tego tonu specjalnie przywiązana. Nie stara się nawet uczynić narracji bardziej męską, wręcz przeciwnie, nasyca ją trudną do uchwycenia kobiecością. Peter Martin, człowiek, który sam siebie postrzega jako osobę nieciekawą i bezbarwną, w opowiadaniu zwraca uwagę na zmysły, skupia się na detalach, które w naturalnym męskim opisie nie znalazłyby miejsca. Co więcej, autorka często gubi tę postać i przechodzi do relacjonowania fabuły z punktu widzenia narratora wszystkowiedzącego. Oczywiście według książki to rozwiązanie jest jak najbardziej uprawomocnione – w końcu gdy mężczyzna dowiedział się o romansie żony, domagał się szczegółów, był więc poinformowany do tego stopnia, że mógł odtwarzać nawet myśli i najskrytsze odczucia kobiety. W efekcie Woodruff proponuje odświeżające spojrzenie na stypizowany do bólu obrazek i cieszy już samym sposobem opisania wydarzeń. Dobrym pomysłem jest też stopniowe odsłanianie nieanonsowanych scen i sytuacji. By uniknąć monotonii, autorka wprowadza także tekst monodramu, który bardziej przypomina rozczłonkowany monolog i pozbawiony jest scenicznego tempa – ale ożywa w zderzeniu z egzystencją jego odtwórczyni. Nietrudno zauważyć, że niedobór teatralnych gestów w ramach monodramu zrównoważyła Nancy Woodruff przez wyraziste zakończenia rozdziałów. Nie ma w nich silnych puent, a wyjątkowa wrażliwość na zachowania, które zdradzają właściwości katalizujące fabułę.
W niespiesznej a dramatycznej historii Woodruff połączyła literackość opisu i wielkie emocje, które brzmią, jakby były wyjęte z czytadła obyczajowego. Całość zamknęła w powieści z mocno rozbudowaną warstwą psychologiczną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






