* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 2 lutego 2011

Kazimierz Banek: Opowieść o włosach. Zwyczaje - rytuały - symbolika

Trio, Warszawa 2010.

Włosy

Kazimierz Banek proponuje czytelnikom ciekawym dawnych zwyczajów i obrzędów książkę specjalistyczną, a przecież przeznaczoną dla wszystkich, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś o roli włosów dawniej i dziś. „Opowieść o włosach” jest dokładnie tym, co głosi tytuł. Jest zbiorem informacji i opisów, niepołączonych specjalnie wyszukaną narracją, uporządkowanych, ale pozbawionych szczegółowych analiz. Ci, którzy chcieliby z ogromu danych wysnuć rzeczowe wnioski, otrzymają solidne podstawy i przykłady – mogą jednak także poczuć pewien niedosyt: brakuje przewodniej tezy, czegoś, co zamieniłoby rejestr faktów w spójną historię.

Brak publicystycznego zacięcia sprawia, że „Opowieść o włosach” znacznie lepiej czytać fragmentami niż jako całość. Kazimierz Banek nie sili się na styl, który przyciągnąłby czytelników, koncentruje się za to na przytaczaniu kolejnych, krótkich informacji. Nie walczy o odbiorcę, pozostaje przy języku naukowym (chociaż nie przeintelektualizowanym, to ważne dla tych czytelników, którzy nie ukończyli kulturoznawczych studiów i nie czują się specjalistami w dziedzinie obrzędów i rytuałów). Widać, że Banek nie chciał walczyć o masową publiczność, zainteresowani i tak trafią do jego publikacji.

A zastaną w niej idealny wręcz ład. Książka została podzielona na dwie, nierówne objętościowo, części – odnoszące się do sfer sacrum i profanum. Innymi słowy, Banek prowadzi odbiorców przez zwyczaje związane z wierzeniami i religiami oraz przez „świeckie” obrzędy, w których główną rolę odgrywają włosy – głównie fryzury, choć kilka rozdziałów odnosi się do owłosienia łonowego, włosów na ciele, a nawet – na zakończenie – sierści zwierząt. Podział na sacrum i profanum nie podlega dyskusji, podobnie zresztą jak rozczłonkowanie pierwszej części. Tu znalazło się miejsce na opisanie motywów charakterystycznych dla mitologii rozmaitych narodów, wykorzystania włosów w magii, ale i na prezentację ważnych, a przez to uświęcanych, gestów – ślubów, ofiar, elementów pokuty i żałoby. Ostatnia partia „Sacrum” dotyczy zachowań kapłanów i mnichów – czyli postaci związanych bezpośrednio z religiami. Nieco więcej kontrowersji może budzić podział drugiej części: rozpoczyna się ona rozdziałem „Starożytność”, ale kryterium historyczne zaraz zostanie zarzucone na rzecz symboli i wyróżnień. Tu pojawiają się zrozumiałe gesty (motyw chwytania za włosy jako wyraz zwycięstwa nad wrogiem lub… pomysł na walkę), odróżnianie się (zagadnienie fryzur, które budują wspólnotę narodową), manifestowanie pozycji w rodzinie czy społeczeństwie, wieku i statusu. Tu także znajduje się rozdział „Kobiety”. Pewien niedosyt powoduje fakt ograniczenia opowieści o współczesnych subkulturach do paru akapitów – podczas gdy aktualne trendy w traktowaniu włosów zasługują na równie długą jak starożytne, choć zapewne mniej uporządkowaną, opowieść. Jednak Kazimierz Banek wybiera te motywy, które zostały już dobrze opisane, sprawdzone, a zatem i bezpieczne w tomie, w którym nie ma miejsca na cząstkowe czy całościowe podsumowania. Znacznie chętniej porusza się w obszarach historycznych, gromadzi ciekawostki i dane z różnych kręgów kulturowych – oddalonych od czytelników nie tylko w przestrzeni ale i w czasie. W tym miejscu nieco rozmywa się idealna kompozycja tomu – chociaż przy natłoku faktów rozczarowani mogliby być tylko ci odbiorcy, którzy oczekiwali analiz dzisiejszego stanu rzeczy.

Widać natomiast w tej książce ogrom pracy archiwistycznej autora, robi wrażenie kilkustronicowa bibliografia – tom może być traktowany jako przewodnik po obyczajach związanych z włosami, choć nie jako monografia tychże w kulturze. Przydałoby się jednak mimo wszystko nadanie „Opowieści o włosach” pewnej dramaturgii czy wyraźniejszego kierunku badań.

wtorek, 1 lutego 2011

Romuald Pawlak: Póki pies nas nie rozłączy

WNK, Warszawa 2011.

Pies na miłość

Romuald Pawlak swoją książką „Póki pies nas nie rozłączy rozczarował mnie – ze względu na słabe portrety psychologiczne swoich bohaterów, ale też nie do końca wciągającą fabułę. W tej powieści wykorzystane zostały schematy sprawdzone już w różnych miejscach, wzorowane na konkretnych rozwiązaniach, ale jako całość niespecjalnie zachwycają. Czegoś tu zabrakło i zaryzykuję stwierdzenie, że właśnie czynnika, który uprawdopodobniłby parę głównych postaci. Sam pies, choćby i najbardziej czarujący, nie może być jedynym wyjaśnieniem dla snutej opowieści.

Michał, podstawowy narrator „Póki pies nas nie rozłączy” to przeciętny facet pod czterdziestkę. Nie jest zadowolony ze swojej pracy, nie jest też szczególnie szczęśliwy w związku z Renią, która coraz częściej wspomina o małżeństwie. W wolnych chwilach Michał loguje się pod różnymi nickami na forum osiedlowym i prowokuje (oraz prowadzi sam ze sobą) dyskusje, w których podważa decyzje sąsiadów. W pracy fabrykuje sensacje, w domu tworzy mity – w prawdziwym życiu za to nie umie się odnaleźć. Renia jest kierowniczką sklepu. Wie, że z Michałem nie układa jej się najlepiej, dlatego… marzy o Rycerzu. Który to Rycerz miałby się włamać na specjalnie w tym celu założone konto pocztowe, pełne czułych listów. Im więcej Romuald Pawlak wymyśla motywów – zwłaszcza związanych z internetem – tym bardziej zabija swoich bohaterów i unierealnia ich. To – w połączeniu z próbą odwzorowania zwykłej codzienności – wpływa na odbiór książki.

Receptą na kryzys w związku ma być pies, mały czarny pudel, któremu Michał i Renia dają na imię Egon. Egon dobrze wie, że ma do spełnienia ważną misję: we śnie ukazuje mu się PeeS, czyli Pan Stworzenia i zleca zadanie, które przerasta siły i wyobraźnię szczeniaczka. Egon pojawia się w domu Reni i Michała, choć mężczyzna jest temu przeciwny i dość długo opiera się urokowi zwierzaka. Czytelnicy będą mieć wrażenie, że Egon, zamiast scalać związek, doprowadza do kolejnych kłótni i sprzeczek – nic nie wskazuje na happy end, chociaż przy tym nagromadzeniu wzajemnych pretensji nie wiem, czy rozwiązanie zaproponowane przez Pawlaka zasługuje na takie określenie.

Romuald Pawlak próbuje za wszelką cenę uniknąć stylu babskich czytadeł i stworzyć alternatywę „męską”. Stąd raczej surowy sposób opisywania wydarzeń, odejście od zachwytów nad zaletami psa (to jeden z nieodłącznych składników „psich” opowieści), stąd brak idealizowanego wątku miłosnego, jest za to trochę agonu, ostrego dowcipu sytuacyjnego, wprowadzania niefinezyjnych żartów. Przechodzenie do narracji z perspektywy psa nie niesie ze sobą zmian ładunku emocjonalnego i w efekcie książka wybrzmiewa raczej dość sucho: dla części odbiorców zapewne będzie to zaleta.

Przypomina mi ten styl propozycje powieściowe Ryszarda Makowskiego: przeniesienie zwykłego życia z dodaniem zwykłej narracji, nawet jeśli wzbogacone jest o internetowe wyskoki głównych bohaterów, w pewnym momencie może przestać wystarczać. „Póki pies nas nie rozłączy” to książka dobra dla tych czytelników, którzy szukają literatury lekkiej i, co ważne, którzy nie podchodzą do lektury z ukształtowanymi już oczekiwaniami. Autor w notce okładkowej tłumaczy: „Czasem wystarczy obdarzyć bohaterów psem, aby nie przypominali już typowych postaci z romansów, tylko zwyczajnych ludzi”. Dla mnie ludzie u Pawlaka są zbyt uzwyczajniani. Ucieczka od romansu okazała się w tym wypadku ucieczką w niewiarygodną rutynę i chyba brak szczerości. „Póki pies nas nie rozłączy” z powodzeniem funkcjonować może jako niewymagające czytadło – ale bez zachwytów.

piątek, 28 stycznia 2011

Christopher Grey: Oświetlenie portretowe w praktyce

Galaktyka, Łódź 2009.

Praca z lampami

„Światło jest istotą żywą, wibrującą i plastyczną” – mówi Christopher Grey w swoim podręczniku „Oświetlenie portretowe w praktyce”. Ale ten obiecujący cytat nie do końca oddaje zawartość tomu, w którym liczą się przede wszystkim możliwości wykorzystania sprzętu: lamp oraz modyfikatorów światła. Grey na wstępie wrzuca do wywodu parę informacji teoretycznych – m.in. o temperaturze barwowej czy kącie padania i odbicia światła (mówiąc ogólniej, przytacza informacje z fizyki światła) i przeprowadza odbiorców przez rozmaite rodzaje światła (w zależności od rozmieszczenia jego źródeł względem modela), by dość szybko przejść do zasadniczej części książki. W tej partii zachwyca szczególnie pomysłowość w sięganiu po nietypowe modyfikatory światła, co może zaowocować wartymi uwagi efektami.

Właściwą część tomu stanowią analizy kolejnych sekwencji portretów. Pod każdym z serii zdjęć Grey podaje nazwę modyfikatora światła – w tekście informuje natomiast o konieczności wprowadzanych kolejno zmian, korygowaniu ustawień i zastępowaniu jednych elementów innymi. Taki przegląd możliwości, jakie zapewnia odpowiednio dobrany sprzęt, może nie tylko ułatwić pracę wkraczającym na ścieżkę zawodową fotografom, ale też nakłonić ich do dalszych eksperymentów. Grey zaspokaja ciekawość odbiorców (i swoją), sprawdzając, co by było, gdyby…, a przy tym wskazuje błędy i przyzwyczajenia, które należy bezwzględnie eliminować. Ciągłe powtarzanie informacji technicznych przypadkowym czytelnikom oraz dobrym profesjonalistom może wydać się nudne, ale przecież nie o wciągającą narrację tu chodzi, a o uczenie się dostrzegania detali. W pewnym momencie Grey mówi nawet o dobrze oświetlonych dolnych rzęsach modelki, w innym zauważa maleńką niepotrzebną plamkę światła na czubku ucha fotografowanego mężczyzny.

Obok podpowiedzi dotyczących standardowego oświetlenia portretowego Christopher Grey koncentruje się na budowaniu atmosfery ujęć: opisuje styl zdjęcia hollywoodzkiego, różnice między fotografiami przeznaczonymi do publikacji w konkretnych miejscach (przy których liczy się między innymi jakość druku), fotografie wykonywane do celów reklamowych, zdjęcia samej głowy, portrety wydawnicze, ujęcia w plenerze czy wizerunki panny młodej – ma zatem przez cały czas na uwadze marketingową stronę swojej publikacji, chce podnieść jakość zdjęć wykonywanych w celach komercyjnych. Modeli-klientów traktuje, przynajmniej w opowieści nie do nich kierowanej, raczej przedmiotowo: pisze, jak zwęzić ich źrenice i dlaczego przekonać ich do makijażu czy skorzystania z usług wizażysty. Przedstawia też kilka technik, które zrodziły się z chęci łamania konwencji i, odpowiednio zastosowane, mogą dać naprawdę dobre rezultaty. A przy tym nie kryje autor, że fotograf dzisiaj może korzystać z rozmaitych ułatwień, jakie zapewniają programy graficzne – nie tai, że czasem retuszuje zdjęcia, kierując rzeczywiście swój zawód z dziedziny artystycznej do rzemiosła.

W tej książce najważniejszy jest sprzęt. Niekoniecznie ten najdroższy, trudno dostępny, z najwyższej półki – ale sprzęt umiejętnie wykorzystywany, oswojony, sprzęt, którego zastosowanie przestaje być tajemnicą. Christopher Grey nie uczy zasad tworzenia fotografii niebanalnych, dąży raczej do przekazania podstaw wiedzy niezbędnej fachowcom, więc i do uniwersalizowania porad i wskazówek – ale jego książka będzie dobrym punktem wyjścia do samodzielnej przygody z fotografią portretową.

czwartek, 27 stycznia 2011

Zoe Fishman: Kwestia równowagi

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Spokój

„Kwestia równowagi” to z jednej strony przykład powieści, w której wyjściowemu pomysłowi podporządkowany jest sposób komponowania fabuły oraz kreacja bohaterów, z drugiej natomiast proste czytadło o lekko egzotycznym za sprawą jogi posmaku. Początkowo budzi nieufność przez niedokładnie wyważone proporcje między zainteresowaniami pierwszej bohaterki a próbą ukazania zwykłego życia, potem jednak coraz bardziej wciąga. Zoe Fishman nie ustrzegła się błędów debiutantki, zbyt ufając w znaczenie zbiegów okoliczności i prowadząc cztery kobiety po niespecjalnie skomplikowanych (choć krętych) ścieżkach – a i tak dla relaksu czyta się ją przyjemnie. „Kwestia równowagi” to bowiem pozycja z półki literatury rozrywkowej, sympatyczna i lekka.

Cztery dawne koleżanki spotykają się na zlocie absolwentów uczelni. Charlie była dawniej rekinem finansiery, ale porzuciła tę drogę na rzecz duchowego rozwoju: wraz z oddanymi przyjaciółmi prowadzi szkołę jogi, do której na prywatne zajęcia zaprasza Naomi, Sabine i Besss. Naomi to matka samotnie wychowująca ośmioletniego synka, Noaha. Nie ufa byłemu mężowi, który właśnie na powrót pojawił się w życiu jej dziecka – już wkrótce jednak to problemy ze zdrowiem staną się podstawowym tematem jej rozmyślań i lęków. Sabine poprawia cudze romansidła i marzy o randce z przystojniakiem widywanym od dwóch lat w metrze. Bess z kolei pracuje w plotkarskim tabloidzie, lecz chciałaby się zająć poważnymi reportażami. Przeżywa też kryzys w swoim związku i aby odreagować kolejne niepowodzenia, ma zamiar wykorzystać informacje o trzech odnalezionych przypadkiem koleżankach i napisać o nich niezbyt pochlebny artykuł. Charlie, Naomi, Sabine i Bess będą się odtąd co tydzień spotykać na półtoramiesięcznym kursie jogi, prowadzonym przez pierwszą z kobiet.

Powieść ma wyraźną kompozycję – oparta jest na czterech częściach pranajamy (wydłużania oddechu). Autorka przeskakuje w kolejnych rozdziałach od sobotnich wspólnych ćwiczeń przez sceny łączące dwie bohaterki po prezentowanie ich prywatnej egzystencji w osobnych partiach książki. Gdy znajduje się w studiu jogi, traci z oczu cały, ładnie wypracowany realizm, na rzecz wykładów o jodze i przywoływania poleceń instruktorki – z czasem próbuje to załagodzić, ale i tak komentarze Charlie wydają się momentami zbyt szczegółowe jak na potrzeby pozycji rozrywkowej – przechodzenie od roli przyjaciółki do nauczycielki niekoniecznie wychodzi Charlie na dobre, przynajmniej w narracji. W innych sekwencjach Zoe Fishman wybiera baśniowe rozwiązania wątków miłosnych (choć stara się piętrzyć przed bohaterkami trudności i tak wiadomo, jak skończą się ich sercowe przygody), wybiera też optymizm, nawet ten nieuzasadniony, by rozwijać doświadczenia postaci. Nie chodzi nawet o reklamowanie dobroczynnego wpływu jogi na psychikę kobiet, ale o dostarczenie czytelniczkom prostych przyjemności lekturowych – książka jest obliczona na wywoływanie nieskomplikowanych wzruszeń i zapewnienie wytchnienia odbiorczyniom. Widać w niej (przynajmniej zauważą to koneserki tego typu lektur) podporządkowanie fabuły warsztatowi i czerpanie z gotowych podpowiedzi dla początkujących pisarzy – ale też „Kwestia równowagi” ma w sobie to „coś”, co sprawia, że na chwilę czytelniczki zatrzymają się nad losami czterech przyjaciółek i będą czerpać przyjemność z czytania o ich doświadczeniach. A to już sukces.


środa, 26 stycznia 2011

Megan McDonald: Hania Humorek

Egmont, Warszawa 2011.

Czar dzieciństwa

Hania Humorek miewa różne humorki. Czasem dobre, czasem złe. Bo kto ich nie miewa, zwłaszcza kiedy jest dzieckiem z wyraźnie sprecyzowanymi marzeniami i dążeniami? Chociaż Peter H. Reynolds prezentuje na okładce pierwszego tomu wznowienia przygód Hani Humorek dziewczynkę z gniewnie zmarszczoną brwią, nie ma obaw: minipowieść Megan McDonald dostarczy młodym odbiorcom sporo radości, na przekór złym humorkom. Bo Hania Humorek nie jest bladą kopią kreskówkowych niegrzecznych bohaterów, dla których zatruwanie innym życia stanowi sens istnienia. Hania Humorek to zwyczajna dziewczynka z niebanalnymi czasem pomysłami, dobrze rozwiniętym zmysłem ironicznej obserwacji i o żywym usposobieniu.

Hania Humorek to w zasadzie dziecięcy ideał. Nie jest zbyt grzeczna, swojego młodszego brata nazywa Smrodkiem, nie przepada za kolegą z klasy, bo podejrzewa go o zjadanie kleju. Ma prawdziwego przyjaciela, z którym rozumie się bez słów, Ryśka. Spotyka się z nim przy studzience kanalizacyjnej, dokładnie w połowie drogi między ich domami (zmierzyła tę odległość sznurkiem w wakacje). Hania jest też bardzo pomysłowa i oryginalna. Jej ulubionym zwierzątkiem okaże się muchołówka, owadożerny kwiatek. Hania chce zostać lekarzem, zbiera plastry i leczy chore lalki. Niekiedy egzystencję zatruwają jej szkolne problemy, ale wynagradza to sobie szalonymi przygodami, jakie przeżywa z przyjaciółmi. Na złe humorki nie pozostaje jej zbyt dużo czasu – a zresztą każdy zły humorek znika, gdy można zabrać się do robienia czegoś pasjonującego – i Hania o tym nie wie, ale na szczęście nie ma kiedy nad tą kwestią się zastanawiać.

Książka Megan McDonald ma mnóstwo zalet. Przede wszystkim dzieje się w niej naprawdę wiele – i zwykle są to zdarzenia podsycające i wzbogacające wyobraźnię małych odbiorców. Kiedy Hania martwi się, że nie spędziła wakacji w żadnym atrakcyjnym miejscu i nie ma pamiątkowej koszulki, rodzice podpowiadają jej, że poczęstowali ją kiedyś rekinem – Hania w mig tworzy na starym podkoszulku rysunek, przedstawiający groźnego stwora i podpisuje go hasłem „Zjadłam rekina”. Każdy motyw, który w oczach dzieci urasta do rangi katastrofy, dla Hani staje się bodźcem do pokazania dobrych stron zjawiska. Sok rozlany na przygotowywaną przez miesiąc pracę domową, granie dziurawego zęba w szkolnym przedstawieniu (podczas gdy brat ma się spotkać z prezydentem kraju), przyjęcie urodzinowe nielubianego kolegi – chociaż wszystko to wprawia Hanię początkowo w zły nastrój, kończy się wesoło. Humor i dowcip to również atuty serii przygód Hani – w dodatku Megan McDonald wykorzystuje sytuacyjne żarty pozbawione modnych dzisiaj elementów rubasznej cielesności – w końcu seria liczy sobie już jedenaście lat (w Polsce „Hania Humorek” ukazała się po raz pierwszy w 2004 roku i podbiła serca małych czytelników).

Opowieści o kolejnych przygodach Hani mieszczą się w krótkich samodzielnych rozdziałach, dzieci mogą ćwiczyć na tym tomie czytanie – spory druk i interlinia w połączeniu z wciągającymi przygodami na pewno nie zniechęcą do lektury. Na koniec warto powiedzieć jeszcze słowo o rysunkach Petera H. Reynoldsa – to rewelacyjne i dowcipne obrazki, szkicowane pewną, komiksową kreską. Bohaterowie przedstawiani na tych ilustracjach budzą sympatię (i nie są przesłodzeni), a przy tym dostarczają miłych wrażeń estetycznych. Reynolds swoimi rysunkami urzeknie dzieci – ale też spodoba się bez trudu dorosłym. Książeczki o Hani Humorek to dobra propozycja dla niecierpliwych maluchów – ucieszy zresztą wszystkich młodych odbiorców.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Urszula Sipińska: Gdybym była aniołem. Historie prawdziwe, dziwne, śmieszne

Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Korzenie i skrzydła

„Gdybym była aniołem” Urszuli Sipińskiej to książka inna niż wszystkie proponowane przez artystów estrady. Autorka nie decyduje się bowiem na standardową autobiografię, przepełnioną atrakcyjnymi anegdotami – skręca w stronę literatury pięknej, łącząc w jednym tomie niezwykłe wspomnienia i nasycone emocjami przemyślenia. Zbiór opowiadań „Gdybym była aniołem” stanowi zaproszenie do nietypowej podróży. Daje możliwość poznania całego szeregu intrygujących postaci – od tych znanych – Niemena czy Rodowicz – po plejadę dziwaków i ekscentryków, których życiorysy zazębiły się w jakiś sposób z egzystencją Urszuli Sipińskiej. Co ciekawe – i dla fanów piosenkarki może rozczarowujące – niewiele tu zwierzeń dotyczących estrady i pracy nad nagraniami, Sipińska znacznie chętniej odwołuje się do zajęć architekta, piosenki pozostawiając dyskretnie w tle tomu.

Już pierwsze słowa opowieści wprowadzają odbiorców w świat wyobraźni, sporej wrażliwości i delikatności – a przy tym i stanowczości w przywoływaniu dawnych, nie zawsze prostych wydarzeń. Urszula Sipińska nastawia się w tej publikacji na prezentowanie innych ludzi. Portretuje siebie z dystansu, odbijającą się w oczach obcych i całkiem bliskich osób. Przez skupianie się na problemach, życiowych dramatach czy radościach klientów, wielbicieli oraz przyjaciół tworzy i uzupełnia swój wizerunek, ukazuje oblicze nieznanej, niemedialnej Sipińskiej – co dla tych, którzy cenią piosenkarkę, będzie miłą niespodzianką.

Opowiadania rozpoczynają się rozmyślaniami porannymi, kończą krótkimi „wieczornymi” puentami. Często przybierają kompozycję szkatułkową, Sipińska wprowadza bezpośrednie relacje bohaterów swoich opowieści jako odrębne części kolejnych tekstów, zgodnie z poradą ojca – by pisać jak najprościej. Stawia w opowiadaniach na przedstawianie faktów (historii, jak głosi podtytuł, „prawdziwych, dziwnych, śmiesznych”), wydaje się podczas lektury, że liczy się dla niej odtworzenie wydarzeń – a jednak w „Gdybym była aniołem” to emocje wychodzą na pierwszy plan. Sipińska wybiera opowiastki o rozstaniach i wielkich miłościach, które odnajdują się po latach. Przywołuje obrazy mrożącego krew w żyłach szaleństwa, które zdradza przebłyski geniuszu – i historie o pazerności, która niszczy międzyludzkie związki. Ta książka kipi od wyrazistych uczuć – nie ma tu tekstów bezbarwnych czy nierobiących wrażenia na czytelnikach. Autorka wciąż zaskakuje – wybiera mocne, sugestywne zakończenia, chce wstrząsnąć odbiorcami i udaje jej się to doskonale. Atutem tomu będzie też lekko zwariowany humor, oparty na porozumieniu bratnich dusz – trochę zbliżony do pomysłów Joanny Chmielewskiej z początków jej pisarskiej kariery. I te dwa składniki, humor i puentowanie tekstów, ratują tom „Gdybym była aniołem” przed sentymentalizmem czy banałem.

Sipińska ozdabia opowiadania „bazgrołkami” – rysunkami z marginesów kalendarzy – zwykle opatrzone są też odręcznymi notatkami, uwagami i komentarzami, doskonale oddającymi ogólny charakter opowiadań. Szkoda tylko, że pojawiło się w tej książce kilka niepotrzebnych literówek.
„Gdybym była aniołem” to propozycja dobra na niespieszną i spokojną lekturę, zestawiająca w sobie realizm i przyziemność problemów powodowanych ludzkimi charakterami – ze skrzydłami marzeń.

piątek, 21 stycznia 2011

Allison Earnest: Modelowanie światłem. Fotografia portretowa w praktyce

Galaktyka, Łódź 2010.

Przepis na udane portrety

Jerzy Płażewski w jednym ze swoich podręczników dotyczących fotografowania pisze, że „światło jest wszystkim”. Te słowa doskonale nadawałyby się na motto tomu „Modelowanie światłem”, kolejnego fotograficznego studium, tym razem kierowanego przede wszystkim do profesjonalistów i osób, które chciałyby poprawić jakość wykonywanych przez siebie zdjęć portretowych. Allison Earnest zajmuje się drobnym na pozór, a przecież niezwykle ważnym tematem: rolą światła w fotografowaniu ludzi. Interesuje ją przede wszystkim światło studyjne (i wykorzystywanie, także w plenerze, rozmaitych modyfikatorów). Pisze zresztą „fotografowanie ludzi jest sztuką postrzegania światła i wyboru sposobu oświetlenia, który podkreśli mocne strony modela i ukryje jego mankamenty”. Cały czas uczy zatem, jak wyeksponować atrakcyjność fotografowanej postaci i przekonuje o artystycznej proweniencji modelowania światłem. „Światło jest twoim pędzlem malarskim” – tłumaczy, cierpliwie opisując kształty cieni, które uzyskać można przy różnym ustawieniu reflektorów, ekranów i zastawek.

Earnest jest artystką – ale swoich uczniów-czytelników uczy podstaw artystycznego rzemiosła. Zadziwiać może dokładność prezentowanych wskazówek (do niektórych portretów dołączone zostały uwagi na temat wartości przysłony i otwarcia migawki obok wyliczeń wykorzystanych elementów, składających się na oświetlenie, i schematów ustawienia sprzętu). Autorka krok po kroku wskazuje wady i zalety wybieranych przez siebie rozwiązań, a wszystko ilustruje odpowiednimi fotografiami. Dzięki temu nawet mniej wprawni w ocenie fachowych zdjęć nauczą się odróżniać światło płaskie od nadającego głębi i sprawdzą, na czym polega efekt skrzydeł motyla. Podstawowe zasady tworzenia udanych portretów to główna i najobszerniejsza część książki. Poprzedza ją zestaw mocno rozbudowanych informacji teoretycznych – rozszerzona wersja koła barw podstawowych i dopełniających, balansowanie światła, światłomierze, lampy błyskowe itp. – wszystko zostaje tu dokładnie opisane i amatorów-pstrykaczy raczej zniechęci do dalszej lektury. Ale w końcu „Modelowanie światłem” to tom, z którego przypadkowi pstrykacze nie skorzystają.

W części praktycznej nie sposób przeoczyć dwukierunkowości wywodu: z jednej strony to wyliczanie najlepszego sprzętu i możliwości jego użycia, z drugiej – absolutne podstawy: jak ustawiać w stosunku do głównego źródła światła kobiety a jak mężczyzn, jak fotografować ludzi o określonym kształcie twarzy, jak wyeliminować mankamenty urody – wszystko dotyczy najbardziej typowych rodzajów portretów, Earnest nie zajmuje się fotografią kreatywną i nie wyjaśnia, jak indywidualizować zdjęcia, dąży raczej do wypracowania ogólnej recepty na udany portret – to dobry punkt wyjścia do dalszej pracy w roli fotografa – i solidne podstawy, które zaowocują w przyszłości robieniem niezłych zdjęć, zadowalających klientów. Bo autorka głównego grona odbiorców upatruje we właścicielach studiów fotograficznych i w fotografach zawodowych. Często więc podpowiada, jak sprawić, by fotografowana osoba była zadowolona, nie płoszyła się przed obiektywem i ułatwiała zadanie przez współpracę. Stąd biorą się uwagi typowe (że lepiej nie mówić o ukrywaniu gorszej części twarzy, a o szukaniu lepszego sposobu oświetlenia) i zaskakujące (by osobę uwiecznioną na zdjęciach zaangażować w przygotowania, na przykład prosząc ją o potrzymanie przed sobą ekranu). Większość tych spostrzeżeń, także fachowych, da się dowolnie modyfikować – Earnest czasem zachęca do improwizowania (zastawka do rzucenia cienia z… pana młodego), przytaczając własne doświadczenia i anegdoty.

Nie ma w tej publikacji miejsca na indywidualizm, na próbę wydobywania z modeli ich charakterystycznych cech (na przykład sieci zmarszczek u starszych osób), a zdjęcie okładkowe, które dobrze ilustruje to zagadnienie, wykonał inny fotograf. Earnest stara się przedstawić jak najbardziej uniwersalne wskazówki dotyczące oświetlania ludzi – dlatego nie ma czasu na kreatywne podejście. Inspiracji trzeba zatem szukać w innych źródłach, do „Modelowania światłem” sięgać natomiast, by poznać najważniejsze zasady oświetlania i cieniowania twarzy.

Nie przekonuje mnie za to ostatni, króciutki rozdział, poświęcony zabawom w programie do obróbki zdjęć: po pierwsze efekty, którymi autorka się zachwyca, kompletnie do mnie nie przemawiają, po drugie – znacznie bardziej interesujące wydają się możliwości aparatu (na jednym ze zdjęć w książce Earnest rozmazała tło komputerowo – ten sam efekt mogłaby uzyskać zmieniając ustawienia głębi ostrości, to większe wyzwanie i dowód na prawdziwe umiejętności.

W „Modelowaniu światłem” liczy się przede wszystkim chłodny profesjonalizm. Sekwencje zdjęć, które omawia autorka, pomagają w lepszym rozumieniu jej wyjaśnień i w rozwijaniu wyobraźni „oświetleniowca” – pokazują, jak przyglądać się plamom światła, na co zwracać uwagę szczególną i jak eliminować proste błędy, które często decydują o niepowodzeniu pracy. „Fotografia portretowa w praktyce” to tom dla profesjonalistów, napisany przez eksperta.