* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 29 grudnia 2010

Pearl S. Buck: Ta trzcina żyje

Muza SA, Warszawa 2010.

Życie i polityka

Zwykle powieści prezentujące losy bohaterów zamieszkujących egzotyczne kraje nie pozwalają czytelnikom w pełni uczestniczyć w egzystencji postaci. Odmienność kultur okazuje się czynnikiem kuszącym, ale i przeszkodą w utożsamianiu się z żyjącymi na kartach tomów. Ale chociaż Pearl S. Buck akcję powieści „Ta trzcina żyje” oddala w czasie i przestrzeni – przenosi ją bowiem do Korei, rozpoczyna w roku 1881, kończy na drugiej wojnie światowej – umożliwia odbiorcom przywiązanie się do bohaterów. Il-han Kim czeka właśnie na narodziny drugiego syna. Jego mądra i kochająca żona Sunya chce uszczęśliwić go idealnym potomkiem. W kilku początkowych obrazach obyczajowych Pearl S. Buck łączy idealnie tradycję i nowoczesność, przybliża Il-hana i Sunyę czytelnikom i sprawia, że łagodnie wejdą odbiorcy w mocno rozbudowaną i niebanalną historię – także za sprawą przybliżającego rys historyczny kraju wstępu.

Sunya i Il-han zachowują się zgodnie z konwencjami. Podporządkowują swoje postawy obyczajom i wymogom starszego pokolenia. Mają jednak szczęście – zaaranżowane małżeństwo stanowi początek wielkiej i pięknej miłości, bohaterowie także przyjaźnią się ze sobą, mogą na sobie polegać. Autorka portretuje ich związek, nadając mu wymiar współczesny. Dzięki temu – dzięki przeniesieniu ciężaru otwarcia książki na zagadnienie obyczajowo-romansowe – Il-han i Sunya stają się bliscy czytelnikom. To ważne. Już wkrótce bowiem w spokojną egzystencję bohaterów wmiesza się historia i wielka polityka. Ostatnia koreańska królowa, wierząca w sojusz z Chinami, będzie zagrożona – Il-han jako wierny poddany i sługa zaangażuje się w pomoc monarchini, ku niezadowoleniu żony. Z czasem Il-han odsunie się na dalszy plan, a centralne miejsce w książce zajmą jego synowie, bardzo mocno udzielający się w polityce. Tu znaczenie zaczyna mieć pojęcie niezależności. U Pearl S. Buck rewolucja przybiera momentami dramatyczne dla bohaterów formy, ale jest bliska czytelnikom za sprawą wypracowanej już ich więzi z postaciami. Autorka przechodzi też do pokolenia następnego, prezentując losy wnuków Il-hana. Tu znowu powraca do kwestii obyczajowych, komplikuje losy postaci, prowokuje niełatwe i niecodzienne sytuacje, by nie powtarzać rozwiązań z początku książki. Ubarwia doświadczenia bohaterów i sprawia, że odbiorcy ani na moment nie będą mogli oderwać się od przygód przedstawicieli jednego rodu. Przechodzenie od tematów uniwersalnych do pozornie zaangażowanych (w końcu zagadnienie walki o zachowanie tożsamości narodowej da się rozszerzyć na doświadczenia innych krajów, Pearl S. Buck pokazuje walkę Korei, ale w głębszej warstwie lektury liczy się tu patriotyzm niezamykany w granicach jednego państwa i czasu) zapewnia książce dynamikę, jest w tej powieści idealnie wyważona proporcja między elementami egzotycznymi i ponadczasowymi.

Pearl S. Buck w tomie „Ta trzcina żyje” towarzyszy swoim bohaterom przy zwykłych, codziennych sprawach – i przy kwestiach najwyższej wagi: tyle że nie zawsze wiadomo, czy bardziej istotne będą w perspektywie czasu decyzje dotyczące życia prywatnego, czy postawy patriotyczne. Il-han i jego potomkowie nie mają wątpliwości, z czego muszą zrezygnować, gdy nadejdzie czas dokonywania wyborów. Czytelnicy powieści raczej nie przyjmą tych decyzji za pewnik. Autorce książki udała się niełatwa sztuka wzbudzania sympatii do bohaterów przy jednoczesnym mocno krytycznym stosunku do nich. Ród Il-hana, mimo że oddalony w czasie i przestrzeni, budzi żywe emocje i nie powala na obojętność.
Bohaterowie często podporządkowują swoje życie zabobonom lub zwyczajom poprzednich pokoleń, zwracają uwagę na konwenanse i prowadzą niekiedy sztucznie dziś brzmiące, oficjalne rozmowy – wszystko to zamiast oddalać postacie od czytelników, czyni je jeszcze bardziej bliskimi – i to wielki pisarski sukces Buck.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Henryk Sawka: Po bandzie

Iskry, Warszawa 2010.

Lekką kreską


Rysunki satyryczne odnoszące się do aktualnych wydarzeń zwykle żyją znacznie krócej niż czysto tekstowe dowcipy polityczne. Nie mogą przetrwać w świadomości odbiorców, bo nie ma ich jak powtarzać. Z rzadka też trafiają do publikacji książkowych, przypominają zwykle efemeryczne zaangażowane felietony i bez znajomości społeczno-politycznego kontekstu trudne są do odszyfrowania po jakimś czasie. Zdarzają się jednak autorzy, którzy potrafią z jednostkowego wydarzenia wypracować bardziej ogólny i interesujący komentarz. Do rysowników, którzy lubią satyrę polityczną i wyspecjalizowali się w tej dziedzinie, należy bez wątpienia Henryk Sawka. Jego najnowszy album „Po bandzie” wydały właśnie Iskry.

Już od pierwszych stron i pierwszych prac widać, czym Henryk Sawka próbuje odbiorcom zaimponować. Przede wszystkim jest to zabawa słowem – niezbyt częsta w przypadku rysunków satyrycznych – oraz silne zakorzenienie pomysłów w politycznej rzeczywistości. Obrazki tworzone przez Sawkę nie budują przeważnie samodzielnych historii, są raczej przedstawieniem konsekwencji pewnych decyzji czy wydarzeń politycznych. Wariacje na wybrane tematy wymagają zatem od odbiorców wiedzy o doniesieniach z pierwszych stron gazet, a podczas przeglądania tomu i umiejętności kojarzenia faktów z ocenami Sawki. Dziś nie będzie to specjalnie duże wyzwanie, w przyszłości zapewne „Po bandzie” zatraci swój komiczny charakter – ale to przecież naturalne w przypadku satyry politycznej.

W albumie Henryka Sawki pojawiają się rządzący – najczęściej Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński, powracają też kontrowersyjne (lub po prostu wywołujące społeczny rezonans) tematy – zapłodnienie in vitro, feminizm, antysemityzm, homofobia, afera hazardowa, dopalacze. Sporo miejsca w tomie „Po bandzie”, zresztą zgodnie z tytułem, zajmują rysunki poświęcone kwestiom religii – a dokładniej – wypaczeń i fanatycznych odłamów chrześcijaństwa. Sawka proponuje czasem rysunki ostre i prowokacyjne – wybiera satyrę kąśliwą i bezkompromisową – należy zatem pamiętać podczas oglądania albumu o prawach, jakimi rządzi się agitacyjna satyra polityczna.

Henryk Sawka łączy wyraziste pomysły z szybką, na pozór niestaranną kreską. W jego rysunkach liczy się przede wszystkim myśl przewodnia, dowcip powiązany z pozaliteracką rzeczywistością – wykonanie teoretycznie schodzi na dalszy plan. Teoretycznie, bo wystarczy sprawdzić, jak kilkoma kreskami potrafi Sawka naszkicować twarze znanych polityków. Zarzucanie szczegółów i dynamiczne rysunki pozwalają na podkreślanie pewnej drapieżności, charakterystycznej dla twórczości zaangażowanej. Sawka prezentuje więc także agresywny styl rysowania, nie ma u niego miejsca na zachowawczość – istotne jest za to tempo komentowania codzienności, zwłaszcza że czasem mamy do czynienia z zestawami obrazków na jeden temat – odrzuconymi lub po prostu unaoczniającymi różne spojrzenia na wybrane zagadnienie. Co ciekawe, Sawka nie proponuje różnych wariacji jednego pomysłu – konkretne motywy naświetla z różnych stron, nie powtarza się i nie zanudza odbiorców znanymi schematami. Alosza Awdiejew w nocie okładkowej zwraca uwagę na oczyszczającą ironię i satyrę bijącą z tych rysunków – faktycznie Henryk Sawka wykorzystuje żart jako wentyl bezpieczeństwa, śmieje się z wad polityków i zwykłych obywateli, wybiera złośliwość, wytyka błędy, wskazuje, co trzeba naprawić – zatem jego szyderczy śmiech podszyty jest głęboką troską o losy społeczeństwa.

Rysunki satyryczne w prasie są zwykle tylko dodatkiem do tekstów, szybko się o nich zapomina. Zgromadzone w pięknie wydanym albumie będą dłużej cieszyć. Warto po tom „Po bandzie” sięgnąć – zapewni on bowiem sporo rozrywki odbiorcom. Henryk Sawka nie zawodzi.


czwartek, 23 grudnia 2010

Andrzej Wierzbicki: Spory o polską duszę. Z zagadnień charakterologii narodowej w historiografii polskiej XIX i XX wieku

Collegium Civitas, Muzeum Historii Polski, Trio, Warszawa 2010.

Polaków portret własny

„Charakterologia narodowa to jednak nie tylko, a może nawet nie tyle jeden z >>wewnętrznych<< problemów nauki historycznej i ogólnie nauk humanistycznych. To również rozległy obszar patriotyczno-obywatelskiej refleksji nad przyszłością narodu i metodami jej kształtowania” – przypomina w zakończeniu swojej książki „Spory o polską duszę” Andrzej Wierzbicki. To drugie, rozszerzone wydanie tomu – pierwsza edycja miała miejsce w 1993 roku. Autor proponuje czytelnikom arcyciekawą monografię zagadnienia, które właściwsze jest raczej literatom czy szerzej – artystom – niż historykom. Wierzbicki przygląda się jednak, jak do tematu charakteru narodowego podchodzili na przestrzeni dwóch ostatnich wieków dziejopisarze. Śledząc często trudno dostępne zapiski i sięgając do ich opracowań, próbuje znaleźć najbliższy prawdzie obraz Polaków. Stara się znaleźć odpowiedzi na pytania o przyczyny wyrazistych i skrajnych ocen, przytacza nowe i nowatorskie (bywa, że i ryzykowne) opinie.

Wydawać by się mogło, że zagadnienie charakteru narodowego to element obcy historiografii, a stale obecny w dziełach literackich oraz… stereotypowych komentarzach. Andrzej Wierzbicki udowadnia, że motyw ten zaprzątał uwagę historyków, także tych mniej znanych ogółowi. W „Sporach o polską duszę” godna podziwu jest konsekwencja w prezentowaniu kolejnych poglądów: stały rytm książki, dokładność i harmonia w prowadzeniu naukowej opowieści. Wierzbicki jest przewodnikiem, któremu można zaufać, w jego publikacji nie ma chaosu, zaniedbań i stylistycznych niedociągnięć. Autor nie przesadza także z naukową terminologią, nie próbuje imponować niezrozumiałym dla przeciętnego odbiorcy dyskursem, dzięki czemu po jego tom sięgnąć mogą wszyscy zainteresowani tematem, nie tylko specjaliści. „Spory o polską duszę” mają uporządkować wiedzę na temat tożsamości narodowej w ujęciu dziejopisarzy i na temat ulotnego, trudnego do uchwycenia, wizerunku Polaka. Wierzbickiemu ta sztuka świetnie się udała.

Najciekawszy jest pierwszy rozdział właściwej opowieści, prezentujący romantyczne pojęcie ducha nardu. Wierzbicki szuka genezy terminu i jego definicji, buduje obraz Polaków skonfrontowany ze stereotypami Słowian oraz rosyjską mentalnością. Próbuje uchwycić moment przemiany zalet w wady, przedstawia dynamiczny proces, nie stan. Jako że romantyczne postrzeganie charakteru narodowego mocno zaważyło na późniejszych obrazach mitów, Wierzbicki pozwala zrozumieć istotę kształtowania się mentalności zbiorowej. Wizerunek Polaka skrystalizowany w XIX wieku zmienia się potem, co autor pokazuje w następnych rozdziałach. Przytacza poglądy badaczy szkoły krakowskiej, odrzucających dotychczasowe apologetyczne ustalenia i szukających diagnoz choroby i lekarstw na nią. Interesuje się i szkołą warszawską, stojącą w opozycji do pesymistycznego Krakowa. Opisuje nadzieje związane z tym kierunkiem badań w drugiej Rzeczpospolitej, zestawia ze sobą opinie różnych stronnictw, przytacza też ciekawostki – na przykład matematyczne próby znalezienia formuły dziejowej narodów. Najmniej barwny wydaje się przez to obraz charakteru narodowego z drugiej połowy dwudziestego wieku – ustalenia z tego okresu bledną przy wyobraźni historyków poprzedniego stulecia.

Andrzej Wierzbicki potrafi przekonać do swoich ustaleń, chociaż w książce „Spory o polską duszę” nie stosuje chwytów retorycznych czy znanych z publicystyki rozwiązań. Proponuje rzetelne opracowanie tematu, ciekawe ze względu na nieoczywiste zagadnienie – oraz na stosowane rozwiązania narracyjne. Ze „Sporów o polską duszę” wyłania się niejednolity portret Polaków, pełen wewnętrznych sprzeczności i stereotypów, niemożliwy do ostatecznego zdefiniowania, a przez to jeszcze bardziej intrygujący. Po ten tom sięgnąć powinni przede wszystkim czytelnicy, którzy chcieliby się przekonać, jak zmieniały się sądy o rodakach, a także ci, którzy mają ochotę skonfrontować literackie tezy z ujęciem historyków.

środa, 22 grudnia 2010

Cordula Thörner: Dinozaury

Media Rodzina, Poznań 2010.

Prehistoria

Seria książeczek „Pixi. Ja wiem!” przygotowywanych dla uczniów szkoły podstawowej ma nie tylko kusić walorami edukacyjnymi, ale i tematami atrakcyjnymi dla młodych odbiorców. Jedną z pozycji wydanych w tym cyklu są „Dinozaury” autorstwa Corduli Thörner, malutka kipiąca od wiedzy i naprawdę trudnych informacji książeczka jest ukłonem w stronę zaintrygowanych światem dinozaurów dzieci.

Ale tym razem lektura nie będzie należeć do prostych. W publikacji roi się od skomplikowanych nazw – problemy przysparzać mogą nie tylko brzmiące obco nazwy poszczególnych gatunków dinozaurów, ale i próby przedstawiania świata w czasach prehistorycznych. Momentami ma się wrażenie, że autorka chce naraz wyjaśnić za dużo i gubi się przez niewielką objętość tomiku. Na szybko tłumaczy, co dawniej działo się z Ziemią, jak zachowywały się w okresie triasu kontynenty. Opowieść o dinozaurach błyskawicznie zamienia się w wykład z biologii – podział na gadziomiedniczne i ptasiomiedniczne może być dla małych odbiorców zbyt trudny, tak samo jak szczegółowe kwalifikowanie kolejnych gatunków („Największe żyjące kiedykolwiek na Ziemi zwierzęta należały do zauropodów”), z rzadka zdarzają się obrazowe porównania. Cordula Thörner nie ma wyobraźni, prezentuje dinozaury raczej w sposób podręcznikowy, bez polotu, nie koncentruje się na tym, by zainteresować dzieci czy – żeby zaspokoić ich ciekawość, a na przekazaniu suchych informacji. Rysunki Jochena Windeckera odrobinę ułatwiają przyswajanie danych, ale to na tekście powinien spoczywać ciężar informacji strawnych dla kilkulatków.

Poza tym, że Cordula Thörner niespecjalnie sprawdza się jako narratorka historii o dinozaurach (czy jako nauczycielka, usiłująca zaszczepić w uczniach-czytelnikach zamiłowanie do dinozaurów), także Bolesław Ludwiczak, tłumacz książeczki, zawodzi. Trudno, żeby stworzył dzieło wybitne z przeciętnego – ale popełnia błędy, które rzucają się w oczy i nie za bardzo pasują do stylu całości. To dziwi, bo dotąd Bolesław Ludwiczak dość dobrze wyczuwał rytm książki. Tym razem twierdzi między innymi, że plateozaury „kończym przednich używały do odżywiania się”, a tyranozaurus rex miał „krótkie kończyny górne, którymi sięgał nawet do gęby”. W jednym miejscu zawiodła korekta, przeoczając brak słowa „milionów”, przez co wychodzi na to, że trias to okres sprzed 250-200 lat.

W leksykonie kończącym książeczkę pojawiają się wyłącznie nazwy kolejnych dinozaurów – wiele z nich nie występuje w zasadniczej części tomu, autorka traktuje tę partię jako dodatkowe miejsce na prezentowanie informacji, nie jak przypomnienie najważniejszych terminów. W quizie wątpliwości budzi natomiast pierwsze pytanie, o nazwę epoki, o której mowa na początku książki. Właściwa odpowiedź to mezozoik, tyle że sam termin wcześniej nigdzie się nie pojawił. Takich pytań niezakorzenionych w tekście głównym jest tu więcej – trudno wymagać od dziecka, by wiedziało, jaka jest prawidłowa odpowiedź – klucz do testu to niezbyt dobre rozwiązanie. Taki układ nie pozwala maluchowi na sprawdzenie wiedzy, a wykorzystany jest na spiętrzenie następnych wiadomości. W tym wypadku przesada może okazać się wadą publikacji.

Inna sprawa, że książeczka ta może sprawdzić się jako uzupełnienie podstawowych wiadomości, jakie na temat dinozaurów mają już uczniowie szkoły podstawowej, a co ambitniejszym młodym odkrywcom pomoże zrozumieć i usystematyzować świat dinozaurów.


wtorek, 21 grudnia 2010

Paul Levinson: Nowe nowe media

WAM, Kraków 2010.

Potęga internetu

Błyskawiczny rozwój internetowych sposobów komunikowania się sprawia, że dotychczasowe ustalenia, dotyczące nowych mediów, przestają wystarczać. Zainteresowanym możliwościami, jakie dają portale społecznościowe, wydawnictwo WAM proponuje książkę „Nowe nowe media” Paula Levinsona, badacza, który korzysta z dobrodziejstw internetu, pilnie obserwuje jego przemiany i stara się wyciągać wnioski z doświadczeń. Nie boi się przewidywania, w jakim kierunku rozwijać się będą internetowe społeczności, tworzy przewodnik po internecie dzisiaj – ale jego komentarze mogą także podpowiadać odbiorcom, jakie korzyści mogą oni czerpać na przykład z prowadzenia blogów. Levinson swoje uwagi mocno opiera na własnych zachowaniach w Sieci, nie jest wyłącznie teoretykiem, ale sprawdza kolejne tezy w praktyce. Oznacza to, że z tomu „Nowe nowe media” korzystać będą mogli nie tylko kulturoznawcy, ale również, co nieczęste w przypadku tego typu publikacji, zwykli odbiorcy, którzy chcieliby poszerzyć wiedzę na temat internetowych portali.

Paul Levinson opowiada o zjawiskach, które jeszcze kilka lat temu nie istniały lub nie były zbyt powszechne. Oczywiście tłumaczy znaczenie terminu nowe nowe media – polskim czytelnikom ta nazwa powinna wydać się zrozumiała i sensowna. Levinson szybko przechodzi do właściwego tematu, czyli opisywania najnowszych zdobyczy internetu. Zaczyna od zagadnienia bliskiego chyba największej rzeszy odbiorców – od blogów. Pokazuje, jakie możliwości kryje w sobie prowadzenie internetowego dziennika – czy dzielenia się z innymi swoim hobby. We korzyści nie polegają tylko na satysfakcji płynącej z wymiany poglądów – Levinson zajmuje się też bardziej pragmatycznymi stronami zjawiska – opowiada o tym, jak zarabiać na umieszczanych na blogach reklamach. Być może za mankament uznać należy fakt, że autor nie różnicuje blogów, zajmuje się diariuszami prowadzonymi przez dorosłych i poważnych ludzi, pomijając milczeniem blogi dzieci i młodzieży. Zwraca jednak uwagę na formę promocji i moderowania komentarzy – czytelnicy „Nowych nowych mediów” powinni poczuć się usatysfakcjonowani. Równie ciekawie wypadają opowieści o Facebooku, MySpace oraz Twitterze – Levinson przedstawia możliwości płynące z tworzenia określonych społeczności, tłumaczy, jak przygotowywane są artykuły w Wikipedii (i porównuje ją z klasycznymi encyklopediami) i zastanawia się nad znaczeniem YouTube’a. Podaje intrygujące przykłady na poparcie swoich tez, a co najważniejsze – cały czas pozostaje blisko tego, co interesuje zwykłych odbiorców, jest komentatorem nowych nowych mediów, analizuje je dyskretnie, tłumaczy, ale nie chce nachalnie przekonywać. Ciągłe odwołania do własnych doświadczeń sprawiają, że Levinson jawi się czytelnikom nie jako badacz, ale jak jeden z wielu użytkowników portali. Zyskuje w ten sposób na wiarygodności, a jego książka przyciąga szerokie rzesze odbiorców – prywatność staje się jedną z jej zalet.

Są „Nowe nowe media” tomem potrzebnym i ważnym, chociaż nie wiadomo, w jakim tempie rozwijać się będą przedstawiane tu zjawiska. Być może książka szybko się zdezaktualizuje lub będzie przedstawiać mało istotne w przyszłości tematy – zawsze jednak stanowić będzie wartościowy opis dzisiejszej sytuacji. Warto sięgnąć po „Nowe nowe media” nie tylko po to, by korzystać z zaprezentowanych tu możliwości tkwiących w internecie, ale także by uświadomić sobie, jak ważnej przemiany kulturowej byliśmy/jesteśmy świadkami. Czyta się ten tom przyjemnie, co stanowi jeszcze jedną zaletę na długiej liście atutów.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Edward Stachura: Dzienniki. Zeszyty podróżne 1.

Iskry, Warszawa 2010.


Ocalić teraźniejszość

Dzienniki pisarzy i poetów to zjawisko ze wszech miar fascynujące. Regularnie prowadzone notatki, zapiski dla pamięci, często czynione na gorąco, na szybko, bez stylizacji i żmudnego opracowywania, więcej mogą powiedzieć o artyście niż jego dzieła „oficjalne”. Wyłuskiwanie z takiego kłębowiska myśli sformułowań aforystycznych, wartościowych czy przyciągających stanowi jedną z bardziej istotnych przyjemności lekturowych.

Wydawnictwo Iskry oddaje w nasze ręce pierwszy tym „Zeszytów podróżnych” – dzienników Edwarda Stachury (wybór z zapisków Steda zaplanowany został na dwa tomy). Notatki zamieszczone w tej książce obejmują lata 1956 – 1973,ale, co może być dla części odbiorców zaskakujące, nie ma w nich żadnych aluzji do bieżącej sytuacji politycznej (raz tylko Stachura z perspektywy czasu pisze o jednej znajomej, że ta po 1968 roku opuściła Polskę). Biorąc pod uwagę ilość istotnych wydarzeń – milczenie Stachury może dziwić. Ale bardzo szybko czytelnicy dadzą się wciągnąć w świat pełen piosenek i poetyckich rozważań, w świat drobiazgów literackich, notatek do powieści, zasłyszanych dialogów, celnych spostrzeżeń i nieistotnych zapisków, wspomagających pamięć. Sny, wydatki, sprawozdania pogodowe i prezentowanie samopoczucia, zdrowia czy kondycji fizycznej – to wszystko składa się na „Dzienniki”, od których aż do ostatniej strony trudno się oderwać.

„Dzienniki” składają się ze strzępków zapisków. Nad redaktorskimi perypetiami nie będę się tu rozwodzić, można poczytać o nich w posłowiu, tak samo zresztą jak nad autocytowaniem – zmianami lub powtarzaniem fragmentów w powieściach. Wprawdzie autor wyboru, Dariusz Pachocki, zaznacza, że wielu aluzji do utworów Steda nie sygnalizowano dla przyjemności płynącej z samodzielnych poszukiwań, sporo ich jednak trafiło do przypisów i do posłowia. Strzępki zapisków to przeważnie krótkie (często jednoakapitowe lub po prostu jednozdaniowe) komentarze, nasycone emocjami i wywołujące spore wrażenie na czytelnikach. Zdarza się, że Stachura zachwyca trafnością obserwacji lub sposobem ich przedstawienia – ale często też notuje rzeczy zupełnie nieważne i dla współczesnego odbiorcy błahe. Zamieszczenie ich w publikacji umożliwia jednak czytelnikom lepsze poznanie bohatera „Dzienników” i wprowadzenie w świat Steda. Bywa, że Stachura pisze po francusku lub hiszpańsku, kodując pewne partie diariusza (czytelnicy zostaną wówczas odesłani do tłumaczeń w przypisach).

Możliwość uczestniczenia w codzienności poety, szansa na poznanie warsztatu i genezy pomysłów – zalet „Dzienników” jest naprawdę wiele. Czasem bywa wzruszająco, czasem zabawnie. Stachura w zwyczajności dostrzega tematy do piosenek, a z przypadkowych olśnień bierze pomysły do powieści. W „Zeszytach podróżnych” ciągle spotyka się artystyczna wrażliwość z prozą życia. Mnogość poruszanych tu tematów – a także stylistyczne różnice w ich realizacjach – zapewnia dynamikę zapisków i może podsycać ciekawość.

U Stachury odkrywanie kolejnych literackich aforystycznych perełek oraz notatek, które trafiły potem do powieści, jest nagrodą dla czytelników. Ale i samo śledzenie diariuszowych zapisków, choćby i banalnych, kryje w sobie zapowiedź niezwykłości, budowania intymnej niemal relacji z autorem. Na tle innych publikowanych w ostatnich latach dzienników, „Zeszyty podróżne” Stachury wyróżniają się całkowitym zobojętnieniem na polityczną rzeczywistość a także fragmentarycznością, próbą zachowania teraźniejszości, utrwalenia ulotnych myśli i uchwycenia tego, co do uchwycenia z natury niemożliwe. To ciekawy dokument i fascynująca lektura, to szukanie słów i sprawdzanie obrazów.

niedziela, 19 grudnia 2010

Miroslav Sehnal, Břetislav Uhlář: Godzina próby. Czeskie opowieści

Good Books. Wrocław 2010.


Problem z kobietami

Miłośników czeskiego humoru do „Godziny próby” nie trzeba będzie długo przekonywać. „Opowieści o genach i hormonach w sześciu odsłonach” zapewnią bowiem sporo śmiechu odświeżającego, czerpiącego z nieznanych w Polsce, a przynajmniej niewyeksploatowanych schematów. Żart delikatnie naerotyzowany daleki jest od wulgarności czy taniej rubaszności, a czarny humor, którego tu sporo, idealnie pokazuje dystans Czechów do samych siebie. Miroslav Sehnal przedstawia w „Godzinie próby” opowieść podzieloną na kilka sekwencji, szybko wciągającą i niebanalną. Břetislav Uhlář rozdziela kolejne partie mikropowieści oryginalnymi erotykami. Całość ładnie się komponuje i przynosi mnóstwo fabularnych zaskoczeń w dziedzinie damsko-męskich relacji.

Historia Sehnala rozpoczyna się od nocnej polucji. Już niedługo bohater uda się na pogrzeb zmarłego śmiercią samobójczą wuja Vaszka, a tam pozna córkę wuja, piękną Anel. Kobieta zawładnie sercem i myślami starszego od niej o trzydzieści lat mężczyzny, a wkrótce zamieszka u niego na pewien czas. Sehnal ani przez chwilę nie pozwala sobie na typowe i przewidywalne rozwiązania – sięga po stereotypy tylko po to, by od nich uciec. Bohater zafascynowany uroczą nieznajomą, która wchodzi do jego życia, mieszkania i łóżka, nie wykorzystuje sytuacji – marzy o Anel, ma ją na wyciągnięcie ręki, czeka na wspólną noc – ale pozwala jej decydować o szczegółach egzystencji. Wkrótce okaże się, że Anel znalazła w nim dobrego opiekuna, ojczulka i przyjaciela. W „Godzinie próby” nic nie może być takie, jakie się wydawało.

Również Uhlář nie zawodzi. W jego wierszach kobiety z sennych marzeń nie zawsze mogą spełniać wszystkie zachcianki, rojenia i nadzieje w nich pokładane. Seks zyskuje czasem wymiar intertekstualny – opisywany przez odległe skojarzenia z różnymi produktami kultury masowej. Gorycz porażki w puentach przekuwa się na pocieszenie bądź wyrazisty dowcip. Kolejne kochanki (i niedoszłe kochanki, których jest znacznie więcej) mają przeważnie problemy ze swoimi mężami lub partnerami, a ich troski na dalszy plan odsuwają perypetie miłosne. U Uhlářa ars amandi często kończy się na zamierzeniach, a całość kształtowana jest przez dystans i nieagresywny dowcip.

Zresztą w „Godzinie próby” dyskretny uśmiech jest stale obecny i przybiera najrozmaitsze formy. Dla autorów tego tomu nie ma żadnych świętości – śmiać można się ze wszystkiego: powodem do żartu staną się zatem prochy właśnie skremowanego krewnego, językowe (nie)kompetencje Wietnamczyka w przydrożnym bistro (Sehnal nie daje się zamknąć w granicach wytyczanych przez poprawność polityczną), ale też skojarzenia ze scenami z wybranych filmów akcji w wykonaniu dziecka. Bohaterowie śmieją się z własnej cielesności, a dalszoplanowe postacie potrafią prowokować absurdalne sytuacje (niektóre sceny z „Godziny próby” będą polskim czytelnikom przypominać delikatny nonsens krainy Starszych Panów i zdarzenia wykreowane przez Jeremiego Przyborę).

Miroslav Sehnal pisze językiem miejscami stylizowanym na potoczny i niestaranny, mocno emocjonalnym i pełnym kolokwializmów, dzięki czemu jego narracja nabiera barw. Wewnętrzna ekspresja w opowieści umożliwia też podsycanie dowcipów sytuacyjnych, sprawia, że opowiedziana ze swadą historia bohatera, miejscami dramatyczna i niezgodna z przewidywaniami odbiorców, nabiera lekkości i staje się bardziej sympatyczna. Trudno zresztą o inny sposób prowadzenia historii niepoważnej i żartobliwej – Sehnal wie dobrze, jak podkreślić nietypową fabułę i uprawdopodobnić bohatera.
Jest „Godzina próby” propozycją dla tych, którzy szukają beztroskiego śmiechu, niepozbawionego pierwiastka refleksji. Niedosyt, odczuwany po zakończeniu lektury, świadczyć może o tym, że udało się autorom stworzyć opowieść wciągającą i rozpisaną na dwa głosy.