* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 30 listopada 2010

Magdalena Kordel: Uroczysko

Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.

Świat bez wad

Po „Uroczysko” Magdaleny Kordel sięgnęłam, bo spodobała mi się atmosfera „Sezonu na cuda”, kontynuacji tej powieści. Nie mogło zatem „Uroczysko” przynieść zaskoczeń fabularnych, a „zaledwie” ciekawą realizację ogranego we współczesnych czytadłach dla pań schematu. O ile „Sezon na cuda” faktycznie urzeka i budzi ciekawość, co do pisarskich wyborów dokonywanych przez autorkę, o tyle „Uroczysko” wydaje się tytułem opartym mocno na twórczości dwóch bestsellerowych pisarek – Katarzyny Grocholi i Małgorzaty Musierowicz. Mówiąc w skrócie, to fabuła Grocholi opowiedziana językiem Musierowicz: nic nowego, nic zaskakującego, ale czyta się wspaniale – jako obyczajówka dla zabicia czasu sprawdza się „Uroczysko” idealnie.

Majka została właśnie porzucona przez męża. Teraz z piętnastoletnią córką, psami i kotem musi na nowo ułożyć sobie życie. Jakby nie dość jej było upokorzeń, dowiaduje się że będzie musiała spłacać długi męża z racji wspólnoty majątkowej. Żeby nabrać dystansu (a raczej: upić się i porządnie popłakać w samotności) jedzie w Sudety, do domu odziedziczonego po dalszej krewnej. Nagle spostrzega, że małe miasteczko, Malownicze, jest całkiem niezłym miejscem na rozpoczęcie nowego etapu egzystencji i postanawia się tam przeprowadzić. Kibicują jej w tym nie tylko rodzice i wierna przyjaciółka, ale nawet miejscowi, potrafiący niekonwencjonalnie rozwiązywać problemy. Maja ma szansę na szczęśliwe życie…

To, że fabuła nie zaskakuje, nie jest wcale wadą książki: wpisany w tego rodzaju historie optymizm ma swoje prawa, historia musi być krzepiąca i budująca, nawet kosztem realizmu. Ale Magdalena Kordel ładnie ją opowiada, kto wie, czy nie ładniej nawet niż w „Sezonie na cuda”. Płynie przez swoją opowieść, kusi zgrabnymi frazami (chociaż z „lecz” w bezpośrednich wypowiedziach postaci mogłaby bez żalu zrezygnować) i zaprasza do lektury. Równy rytm przynosi ukojenie i pocieszenie, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze humor. „Uroczysko” nie ma w sobie nic z agresji czy drapieżności, tu liczy się dobro, zaufanie i ciepło – ale bohaterka nie jest pozbawiona zmysłu ironii, potrafi od czasu do czasu błysnąć dowcipem (częściej w warstwie narracyjnej niż w książkowych sytuacjach), co jeszcze bardziej uprzyjemnia czytanie. Obecność motywów z Grocholi zapewnia dynamizm historii – styl Musierowicz natomiast daje czytelniczkom poczucie bezpieczeństwa, wrażenie obcowania z czymś znanym i dawno oswojonym – stąd bierze się potem lekturowy spokój.

Magdalena Kordel pożycza sobie różne sceny od swoich poprzedniczek i rozbudowuje je – przykładem może być scena z różowymi bluzkami, w które klasa Majki solidarnie się przyodziewa (motyw z „Jeżycjady”) – ale wprowadzenie do „Uroczyska” motywu inteligentnej i pomysłowej młodzieży zwiększa jeszcze atrakcyjność książki i oddala podejrzenia o tani sentymentalizm. Majka, otoczona przyjaciółmi, może cieszyć się swoim szczęściem, bez oglądania się na przeszłość – naszkicowanie tego udało się autorce bez zarzutu.

„Uroczysko” jest książką, po którą sięga się jak po kubek z gorącą czekoladą – ma ogrzewać, pocieszyć, odpędzić codzienne smutki i zapewnić ucieczkę od tego, co nieprzyjemne. Stąd idealizacja nowego życia Majki, stąd silny optymizm. Kto tego nie zaakceptuje, nie będzie czerpał z powieści Magdaleny Kordel przyjemności. A przecież to naprawdę miła książka.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Małgorzata Gintowt: Szalik dla Mikołaja

WAM, Kraków 2010.

Dla najmłodszych

O tego typu publikacjach zwykle nie pisze się pełnowymiarowych recenzji: wydawane na kartonie książeczki dla najmłodszych dzieci mogą co najwyżej posłużyć jako przykład w tekście krytycznoliterackim czy omówieniu tendencji na rynku literatury czwartej – trudno się temu dziwić, skoro ilość znaków nie przekracza tu zwykle ram jednego rozbudowanego zdania, a sposób wydania nie stwarza większych możliwości komentowania. A jednak te kartonowe tomiki stanowią przecież ważny element w rozwoju dziecka, zapewniają pierwszy kontakt z lekturą – pierwszy samodzielny kontakt. Publikacje wydane na kartonie maluchy mogą potraktować jak zabawkę bez obaw, że delikatny papier zostanie podarty a książeczka – zniszczona. Tekturowe kartki pozwolą na ćwiczenie niewprawnych jeszcze paluszków, stanowią zapowiedź nieznanej i raczej nieuświadamianej lekturowej przygody. W książeczkach o twardych stronicach na dalszy plan schodzą prezentowane historie, mikrofabułki dla dorosłych niewarte uwagi. Tu licz się przede wszystkim możliwość poznania nowej zabawki, zabawki, która może potem kusić i urzekać.

Małgorzata Gintowt umie budować bajkowe, proste fabułki i okraszać je miłymi dla ucha rymowankami – to autorka sprawdzona, można sięgać po jej krótkie historyjki dla dzieci bez obaw. Nie pozwala krzywdzić swoich bohaterów, stawia na spokój i beztroskę. W kartonowej książeczce „Szalik dla Mikołaja” nie próbuje nawet prezentować jakichkolwiek przygód. To zaledwie dwanaście wersów o tym, że „robi babcia Kaja szal dla Mikołaja”. Fabuła nie jest zbyt porywająca – to fakt. Ale wierszyk udany, mimo że nic się w nim nie dzieje (poza pracą babci). Utworek przynosi obietnicę czegoś miłego: w końcu Mikołaj to dostarczyciel prezentów – czekanie na koniec robótki babci będzie zatem uwieńczone wizytą spodziewanego gościa.

Ilustratorka w tej książeczce nie stara się specjalnie o wywarcie dużego efektu na odbiorcach, co ma związek z wiekiem grupy docelowej tomiku. Jej rysunki to opracowane komputerowo grafiki, podstawy tworzą proste kształty geometryczne. Postacie są dopracowane nawet w szczegółach (co w tego typu publikacjach w ostatnich latach przestało być normą), ale raczej nie nadają się na bohaterów kreskówek. Katarzynie Dąbrowskiej chodzi jednak o zilustrowanie ograniczonego do minimum tekstu i powtórzenie obrazkiem treści zamieszczonych na każdej stronie wersów. Ilustratorka rozrzuca postacie i motywy w przestrzeni, nie dba o to, by zapanować nad tłem, zresztą dzieci i tak nie zwróciłyby na to uwagi, niezdolne jeszcze do analizowania większych fragmentów obrazków. Na komputerową obróbkę wskazują nie tylko idealne wypełnienia kształtów, dopracowane bez zarzutu krawędzie, ale także kolorowe kontury: ta decyzja pociąga za sobą zwiększenie dynamiczności rysunków, ale jednocześnie – paradoksalnie – lekkim zatraceniu ich pierwotnej wyrazistości. Kolorowe kontury także oddalają wrażenie komisowości, służą raczej budzeniu zainteresowania niż rzeczywistemu obramowaniu krawędzi rysunków. Kolejnym zabiegiem, na jaki decyduje się Dąbrowska, jest używanie pastelowych odcieni – i to rozwiązanie daje się łatwo wytłumaczyć: w książeczce, w której każdy motyw składa się z kilku zwykle kontrastujących ze sobą kolorów oraz barwnego konturu wykorzystanie czystych i nasyconych kolorów zaowocowałoby nadmierną jaskrawością i w konsekwencji – graficznym chaosem. Złagodzenie natłoku barw to niezbędny w tej sytuacji kompromis: gdyby nie pastele, trzeba by było zrezygnować z któregoś z pozostałych elementów rysunków. Obrazki są tu oczywiście uproszczone, bajkowe, a nie realistyczne, i powinny trafić do przekonania maluchów, a przynajmniej zaintrygować je na tyle, by chciały potraktować tomik jako ciekawą i atrakcyjną zabawkę.

Duże i drukowane litery to z kolei nie tylko następna ozdoba książeczki (niestandardowa czcionka i kolor – w „Szaliku dla Mikołaja” nie ma w ogóle czerni), ale i ukłon w stronę starszego rodzeństwa małych odbiorców pozycji wydanej przez WAM – na tej publikacji można też uczyć maluchy czytania, tekst jest łatwy do zapamiętania, rytmiczny (ale nie sylabotoniczny), więc połączenie ciągu znaków z zachowanym w umyśle wierszykiem nie będzie nastręczał większych trudności. Dzieci mogą czytać młodszym, dorośli swoim pociechom – ale najważniejsze, że na lekturze wierszyka, który daje poczucie bezpieczeństwa i spokoju się nie skończy – potem przyjdzie czas na zabawę, na samodzielne przewracanie kartonowych stron i oglądanie książeczki. A o to przecież chodzi.

niedziela, 28 listopada 2010

Izabela Górnicka-Zdziech: Listy miłosne Franciszka Starowieyskiego

Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.

Na początku była chuć...

Publikowanie korespondencji, gdy od śmierci jej autora upłynęło niewiele czasu, wiąże się przeważnie z protestami: wkraczanie w prywatność twórców, mimo panujących dzisiaj voyeurystycznych tendencji, bywa krytykowane – nie zmienia to faktu, że w zestawy listów zagłębiają się czytelnicy z przyjemnością i zainteresowaniem, nawet jeśli są to przykłady epistolarnej ars amandi. Ale „Listy miłosne Franciszka Starowieyskiego” mogą budzić ciekawość nie ze względu na niesioną przez nie treść, a z uwagi na obfitość ilustracji i zmieniający się charakter pisma. Na tom składają się wybrane przez Teresę Starowieyską, adresatkę utworów, listy, pisane przez dekadę od lat 70. XX wieku. Przeważnie pozbawione dat, układają się jednak w spójną historię uwielbienia i… chuci. Izabela Górnicka-Zdziech do wybranych listów dodała komentarze żony Starowieyskiego i reprodukcje kolejnych „epistolarnych antyków”. Takie rozwiązanie (na stronach parzystych fotokopia listu, na nieparzystych – przepisany z nich tekst, zapisany kursywą i ozdobną czcionką dla utrzymania charakteru kaligraficznych popisów) sprawdza się w tym wypadku bardzo dobrze, pozwala bowiem podziwiać grafiki, jakimi Starowieyski opatrywał swoje wywody. „Jego listy stały się sztuką” – mówi w wywiadzie, otwierającym książkę, Teresa Starowieyska i ma rację, bo kontemplowanie misternych planów czy pomysłowych grafik zajmie co najmniej tyle czasu, co lektura.

I może okazać się znacznie ciekawszym doznaniem, bowiem Franciszek Starowieyski wyraźnie daleki jest od romantycznych uniesień i artystycznego wypracowywania fraz. W pierwszej fazie związku pisze bez przerwy o tęsknocie do ciała ukochanej – napady chuci z rzadka przerywając napomknieniami o działaniach jeszcze obecnej żony. Otwarcie mówi o swoich pragnieniach, marzy o otrzymaniu fotoaktów Teresy i dość często wspomina o swoim „huju” (w takim właśnie zapisie). Mało w tych listach – a w zasadzie wcale – miłości, wiele za to pożądania. Z czasem Franciszek Starowieyski przechodzi do spraw przyziemnych, zaczyna relacjonować ceny antyków i zlecać swojej wybrance kolejne zadania managerskie – i te listy również opatruje łóżkowymi obietnicami i nadziejami. Epistolarne wywody wieńczą przemycane lekcje stylu i obserwacje dotyczące ciąż, a na końcu książki mieszczą się jeszcze listy do starszego syna grafika, wśród nich uwagi utrzymane w kodzie rodzinnym, to jest w pełni możliwe do odczytania tylko przez zainteresowanych, ale i surowe oceny twórczości potomka („drzewo rysujesz jak zwyczajny głupi przedszkolak. Musisz się dokładnie przyjrzeć jak drzewo wygląda”).

Najważniejsze są jednak kwestie graficzne. Kaligraficzne, pełne ozdobnych zawijasów litery czasem przechodzą w niestaranne i trudne do odczytania bazgroły, a elementy w zamierzeniu upiększające listy, wymuszają większy wysiłek wkładany w odszyfrowanie treści. W pierwszej fazie listów pełnych tęsknoty i erotycznego napięcia pojawiają się odważne i śmiałe grafiki, niekiedy przechodzące w obscena (wulgarność niweczy tu jednak przeważnie surrealizm i metaforyka rysunków). Obok niedokończonych szkiców i pospiesznych obrazków, mających zilustrować wywód, pojawią się i precyzyjne, dopracowane i zachwycające grafiki. Kiedy siła miłosnych zapałów przygasa, Starowieyski odwzorowuje w listach antyki, które przypadły mu do gustu. W listach do syna przedstawia w uproszczony sposób rzeczywistość (jednym z ładniejszych w tym kontekście rysunków jest ten, który przedstawia straż pożarną, gaszącą pożar na wyższych piętrach wieżowca).

Teresa Starowieyska komentuje, dopowiada i wyjaśnia fragmenty mniej zrozumiałe, nie odnosi się za to do intymnych i rozerotyzowanych partii. Chwali męża i buduje jego obraz ze wspomnień zupełnie innych niż chutliwe wynurzenia z listów, stara się zachować klasę i elegancję. Jest to więc zestawienie niebanalne i kontrastowe, a przy tym – dla wielbicieli twórczości Starowieyskiego – obowiązkowe.


sobota, 27 listopada 2010

Aleksandra Woldańska-Płocińska: Pierwsze urodziny prosiaczka

Czerwony Konik, Kraków 2010.

Impreza

Wydawnictwo Czerwony Konik publikuje książki dla najmłodszych, ale stara się też – co docenią zapewne rodzice, czytający maluchom – zaskakiwać i cieszyć dorosłych. Jedną z zasad konstrukcyjnych poszczególnych historii staje się w Czerwonym Koniku ciepły uśmiech i humor – czynniki, które zawsze przyciągają do lektury i czynią ją bardziej zajmującą, nawet jeśli fabuła nie porywa, bo książeczka przeznaczona jest dla dzieci do lat trzech.

Aleksandra Woldańska-Płocińska postawiła w swojej opowieści na wydarzenie ważne w życiu każdego malucha (a i nie tylko malucha) – na urodziny. W przypadku bohatera jej historyjki są to urodziny bardzo ważne, bo pierwsze. Prosiaczek kończy właśnie rok – jest jednak na tyle duży i samodzielny, by wyprawić przyjęcie i zaprosić na nie swoich przyjaciół. Wita ich w progu mieszkania, przyodziany w błyszczące buciki i elegancji strój (który, według ilustracji autorki, stanowią ogrodniczki). Dostaje mnóstwo prezentów, niewymyślnych, ale wręczanych od serca i nierzadko przy olbrzymim wysiłku ofiarodawców. Potem goście przynoszą tort, prosiaczek zdmuchuje świeczki i słucha chóralnego wykonania pieśni okolicznościowej – „Sto lat”. Niby urodzinowy standard… ale…

Ale książeczka jest kierowana do najmłodszych, którzy nie zdążyli się jeszcze przyzwyczaić do rozmaitych uroczystości i niekoniecznie kojarzą, jakie przyjemności wiążą się z uczestniczeniem w podobnym wydarzeniu. Właściwi odbiorcy tej historii będą więc z zapartym tchem śledzić kolejność przybywających gości i zwiększającą się liczbę prezentów. Nie zabraknie tu i wątku dramatycznego, kiedy prosiaczek spostrzeże, że wśród gości zabrakło jego najlepszego przyjaciela, na którego obecność bardzo się cieszył – na szczęście (bo jakże by inaczej) wszystko skończy się dobrze i prosiaczek będzie mógł bawić się razem ze wszystkimi znajomymi na swoich pierwszych urodzinach.

Autorka wykazała się sporą kreatywnością, którą można potem wykorzystać przy lekturze i zabawie z dzieckiem. Kura przynosi prosiaczkowi w prezencie jajka – to w miarę zrozumiałe. Ale już niedźwiedź dostarcza pół słoiczka miodu: kontrast olbrzymiego zwierzęcia i nie do końca wypełnionego słoiczka każe się zastanowić, co stało się z drugą połową (wielbiciele „Kubusia Puchatka” z pewnością się tego domyślą). Dżdżownica przynosi balon, który niemal unosi ją do góry, a suseł przychodzi z bardzo kolorowym pióropuszem. Każda kartka będzie tu zaskoczeniem dla dzieci – ale też i dla rodziców, nie sposób przewidzieć, kto i z czym za chwilę się pojawi. Sympatyczny i subtelny jest tu też morał – nie liczą się prezenty, a obecność przyjaciół, bez których przecież nie byłoby zabawy.

Woldańska-Płocińska uzupełnia tekst rysunkami – artystycznymi i naiwnymi jednocześnie, bardzo prostymi, a przy tym i estetycznymi, czasem także w rysunkach umieszcza żarty (pszczoły lecą z kwiatami w pyszczkach, a dzik przynosi jabłka nabite na kły). Grafiki są duże i czytelne, pozbawione detali, pomogą dzieciom w śledzeniu akcji i będą budziły zainteresowanie. Skrajne oceny mogą za to budzić wariacje czcionkowe. Autorka lubuje się w wymyślnych i fantazyjnych krojach, które czasem mogą nawet sprawiać problemy dorosłym – ale dla dzieci będą one dodatkowym ciekawym elementem graficznym, czymś, co przyciąga wzrok i kusi obietnicą niespodzianki.

Szesnaście kartonowych kartek to rzadkość – ale widać, że Czerwony Konik stawia na niebylejakie dziełka literatury czwartej i chce sprawiać radość małym odbiorcom, a przy tym zaistnieć jako wydawca z klasą – oryginalny i kreatywny. „Pierwsze urodziny prosiaczka” to świetna propozycja dla najmłodszych.


piątek, 26 listopada 2010

Andrzej Kozioł: Księga zapachów

WAM, Kraków 2010.


Podróż po starym Krakowie

Ten, kto poznał już urok krakowskich opowieści Andrzeja Kozioła, nie oprze się zapewne pokusie sięgnięcia po „Księgę zapachów”, kolejny tom, który gromadzi felietony i powieści o dawnym Krakowie. I słusznie, bo „Księga zapachów” uwodzi swoim czarem tak samo jak poprzednie cracoviana zebrane przez tego autora, a przy tym jest jeszcze przepięknie wydana. Barwiony papier dobrej jakości przywodzi na myśl stare, pożółkłe księgi – z księgą kojarzy się również zawartość publikacji, choć wielbiciele krakowskich tekstów Kozioła mogą być rozczarowani powtórzeniem kilku opowieści. Inna rzecz, że magia smaków i zapachów zapamiętanych z dzieciństwa przenika tę książkę i sprawia, że czyta się ją z niesłabnącą przyjemnością.

„Księga zapachów” rozpoczyna się opowieściami o zapachach, i owszem. Ale Andrzej Kozioł bardzo szybko dostrzega, że nie będzie w stanie wypełnić opisami rozmaitych woni całej książki – i dość zgrabnie przechodzi do prezentowania smaków. Na tym gruncie czuje się znacznie pewniej – może między innymi podpierać się tradycyjnymi przepisami ze starych książek kucharskich i w ten sposób kierować uwagę czytelników na rozkosze podniebienia. Zresztą – można uznać autora za usprawiedliwionego, skoro opisy potraw także wykorzystuje do napomykania o ich niebiańskich zapachach. Zdarza się, że zachwyty autora nie będą pokrywać się z obecnymi higienicznymi standardami (umiłowanie dla nieogolonych pach dziewcząt dziś może wydać się, delikatnie mówiąc, dziwne) – ale też Kozioł potrafi zahipnotyzować czytelników woniami atrakcyjnymi (na przykład zapachem świeżo upieczonego prawdziwego chleba).

Nostalgia za czasami minionymi pociąga za sobą w przypadku Andrzeja Kozioła dwa przyzwyczajenia pisarskie. Po pierwsze to skłonność do cytowania utworów literackich, nie zawsze zgodnie z ich interpretacjami – „W malinowym chruśniaku” jako wiersz o malinach. Sięga Kozioł albo do dzieł znanych i stanowiących kanon polskiej literatury, albo – czasami – do grafomańskich ciekawostek, znalezionych w zapomnianych książkach. Po drugie, z nostalgią ową wiąże się dyskredytowanie współczesności – i to czasami przybiera rozmiary budzące odruchowy sprzeciw. Bo o ile jeszcze tęsknotę za smakiem dawnych wypieków przy mdłych produktach z hipermarketów można bez trudu zrozumieć, o tyle już oceny zabaw dzisiejszych dzieciaków wydają się zbyt kategoryczne – autor nie może sam sprawdzić, co naprawdę cieszy maluchy obecnie, a wydawanie sądów okazuje się niezbyt sprawiedliwe. Jednak Andrzej Kozioł przyjął już taki styl, więc przystępując do apetycznej lektury trzeba pamiętać, że przeszłość będzie tu gloryfikowana, w odróżnieniu od teraźniejszości.

Czasem sięga Kozioł po ciekawostki, trochę na wzór Olgierda Budrewicza – na przykład opowiadając o mężczyźnie, który potrafi naprawiać pióra – jednym z ostatnich przedstawicieli ginącego zawodu. I dla takich smaczków również warto po „Księgę zapachów” sięgnąć.


czwartek, 25 listopada 2010

Wojciech Krzysztof Szalkiewicz, Wiesław Gałązka: Żądza rządzenia. O władzy, polityce i politykach

Collegium Civitas, Trio, Warszawa 2010.

Kulisy władzy

Są ludzie, którzy z wypiekami na twarzy śledzą doniesienia z obrad sejmu i każdy dzień zaczynają od sprawdzenia, co nowego wydarzyło się w życiu politycznym. Są też tacy, którzy polityczne rewelacje kwitują w najlepszym razie wzruszeniem ramion i nie zamierzają poświęcać tematowi rządzenia uwagi. Dla której z tych grup przeznaczona jest książka „Żądza rządzenia. O władzy, polityce i politykach”? Choć może zabrzmi to dziwnie, ale dla obu. Tom wydany przez Trio i Collegium Civitas to bowiem lektura zajmująca i na tyle ciekawa, że może zaintrygować nawet tych, którzy o polityce nie mają pojęcia i przez pół godziny będą się zastanawiać, kto jest aktualnie premierem w kraju. Dwaj autorzy – Wojciech Krzysztof Szalkiewicz oraz Wiesław Gałązka – postawili bowiem na lekki (i bogaty w atrakcyjne przykłady) komentarz w duchu publicystycznym, a do tego wynaleźli rozmaite polityczne smaczki, afery i skandaliki, pokazując świat polityków trochę przez pryzmat spojrzenia zwykłego obywatela – ale usystematyzowany i wyjaśniony.

Zaczyna się tom od portretu Władcy. Autorzy zastanawiają się, kto najchętniej startuje w wyborach, jakie cechy powinni mieć (lub mają) kandydaci na rządzących, a nawet – czy żądza rządzenia może być uwarunkowana genetycznie. Przyglądają się podmiotowi swoich dalszych badań z uwagą (podają nawet czynniki składające się na charyzmę) i od razu uderzają w struny budzące zainteresowanie. Oto bowiem wypływa temat związku władzy i pieniędzy, a także – równie gorący – władzy i seksu. I już wiadomo, że nie będziemy mieli do czynienia z banalnym, podręcznikowym i schematycznym opisem, a z książką żywą i barwną (chciałoby się dodać – i prowokującą – ale nic z tego, Szalkiewicz i Gałązka zachowują obiektywny ton, powstrzymują się od oceniania, a swoje tezy popierają bogatym zbiorem przykładów). Zaraz przechodzą do sposobów zdobywania władzy, koncentrując się na tych nielegalnych, by wkrótce pokazać koszty rządzenia. Przyglądają się rekwizytom, charakterystycznym dla rządzących, obecności polityków w mediach, niewidocznym zwykle ojcom sukcesu, czyli specjalistom od kształtowania wizerunku – aż po pyskówki, w jakie wdają się politycy. Osobnym tematem okazuje się zdrowie fizyczne i psychiczne rządzących i pytanie o obecność „dziwaków” w życiu politycznym – oraz grzeszki rządzących (m.in. nepotyzm czy kłamstwa). Kończy się książka krótką opowieścią o związku satyry i władzy.

Szalkiewicz i Gałązka wychodzą od starożytności i pokazują ciekawostki ówczesnego życia politycznego, by zaraz przeskoczyć do czasów najbardziej współczesnych (czasem z lekka zahaczając o wiek XIX) i przedstawiać nienaturalności w zachowaniach polityków różnych państw. Podpierają się przy tym przede wszystkim doniesieniami prasowymi, nie sięgają natomiast zbyt często do innych opracowań. Liczy się zatem sposób podawania informacji, a nie naukowe analizy – cała książka jest jednak przygotowana bardzo rzetelnie i sensownie skomponowana. Materiały zostały wybrane tak, by wzbudzać zainteresowanie odbiorców – a nie przekraczają granicy plotki czy poetyki brukowców.

Nieodłącznym składnikiem opowieści o politykach jest humor. Wywody Szalkiewicza i Gałązki okraszone są dowcipami i żartami zdjęciowymi (ich źródła to najczęściej znane internetowe portale propagujące humor, joemonster czy demotywatory) – porządkują opinie na temat rządzących, wydobywając na światło dzienne te elementy, które stanowiły tajemnicę poliszynela. Proponują lekturę niebanalną i przyjemną: to wybór ciekawostek, podanych w atrakcyjny sposób. Jednego tylko szkoda: że do skomentowania opowieści, jako ramę kompozycyjną wybrali autorzy z całego przebogatego zbioru tekstów satyry politycznej tylko jeden wiersz Brzechwy. Poza tym – rewelacja. Książka, którą czyta się od pierwszej do ostatniej strony z niesłabnącą przyjemnością.

środa, 24 listopada 2010

Sofija Stefanovic, George Ivanoff, Peter Taylor: 101 rzeczy, które musisz zrobić, zanim dorośniesz (albo zanim zrobisz się za stary, żeby...

... się nimi cieszyć.


Wilga, Warszawa 2010.

101 pomysłów

Kreatywność młodych ludzi podsycały dawniej poradniki dla majsterkowiczów – cykliczne wydawnictwa czy programy telewizyjne. Z czasem nawet na lekcjach w szkole przestało się uczyć dzieci, jak budować karmniki dla ptaków – i coraz mniejszy jest odsetek młodzieży, która potrafi coś samodzielnie skonstruować. Z pomocą tym, którzy mimo niesprzyjających okoliczności chcieliby poczuć satysfakcję z własnoręcznie wykonanych dzieł, przychodzi wydawnictwo Wilga i jego nietypowo – bo w formie zbliżonej do segregatora-kołonotatnika – opublikowanej książce proponuje zestaw szczegółowych podpowiedzi z rozmaitych dziedzin twórczości. „101 rzeczy, które musisz zrobić, zanim dorośniesz” to tom dzisiaj imponujący, pełen ciekawych pomysłów i porad o różnym stopniu zaawansowania – od zrobienia najprostszego samolotu z papieru po… samodzielne zbudowanie hulajnogi. A to nie wszystko.

Książka została podzielona na sześć części. Najbardziej imponująca dziś, w czasach, kiedy nazwisko Słodowego zaciera się w świadomości młodszych odbiorców, wydaje się być partia pierwsza, „Majsterkowanie”. Można tu nauczyć się, jak profesjonalnie stworzyć kolonię mrówek lub drewniany gwizdek. Znajdzie się też – i to znak czasu – porada, jak stworzyć stronę internetową – to zaledwie kilka komend w języku html, ale mogą się one przyczynić do rozwoju informatycznych pasji. Dział drugi, „Rozrywka”, jest jeszcze bardziej zdynamizowany wewnętrznie. Dowiemy się z niego, jak czytać z dłoni i jak zostać autorem kryminału, jak zrobić prasę drukarską i jak tańczyć. Kontrowersje może wzbudzić porada o stosowaniu inteligentnej krytyki, bo to raczej zbiór przykładów, jak ukrywać obraźliwe treści w niebanalnej formie. Część „Nauka” przyniesie poro widowiskowych i atrakcyjnych doświadczeń – odbiorcy będą mogli wciągnąć jajko do butelki czy wygiąć strumień wody. „Gadżety” to dział dla młodych konstruktorów – odbiornik radiowy z deski i żyletki robi wrażenie – podobnie jak własnoręcznie wykonany teleskop. Obok tak skomplikowanych sprzętów proponują autorzy „radiotelefon” z puszki po kawie. Dwie ostatnie kategorie to już podpowiedzi, które czasem przenikają do kolorowych pisemek dla najmłodszych. W „Sztuczkach” pojawi się kilka sztuczek magicznych, szewski mat czy różne rodzaje szyfrów – a także proste „żarty” (w rodzaju podrzucenia komuś do łóżka sztucznego pająka lub wykonania sztucznej krwi – zabawy w stylu ludycznym to propozycja dla młodszych, niekoniecznie rozwijająca, ale pozwalająca błysnąć w towarzystwie nastolatków). „Survival” przynosi parę przydatnych w różnych okolicznościach porad: czytelnicy nauczą się między innymi, jak budować filtr do wody, zmienić koło w samochodzie (lub awaryjnie ten samochód odpalić) czy – jak oszczędzać. Jak zapewniają autorzy – „wiele zamieszczonych [w książce] wskazówek może ci się przydać także w dorosłym życiu”. Obok porad dla najmłodszych odbiorców znajdą się tu zatem także podpowiedzi dla młodzieży czy dorosłych.

Uderza w tomie precyzja w dobieraniu materiałów. Każda śrubka została tu dokładnie opisana, tak, by z zadaniami bez problemu poradzili sobie laicy. Tym, którzy sprawdzili już swoje umiejętności majsterkowiczów i chcieliby zaprezentować się jako złote rączki, taka drobiazgowość może przeszkadzać. Trzeba też pamiętać, że wiele z przedstawianych tu zadań wymaga nakładów finansowych, nie da się wykorzystać znalezionych w domu materiałów. Wszystko jest nie tylko szczegółowo opisane, ale i rozrysowane, tak, żeby nikt nie miał problemu z rozpoznaniem kolejnych elementów.

Co daje tom „101 rzeczy, które musisz zrobić, zanim dorośniesz”? Przede wszystkim znakomitą zabawę. Poza tym rozwija kreatywność i dodaje odwagi w realizowaniu swoich pomysłów. To dobra odskocznia od gier komputerowych, zestaw zadań niebanalnych i pozwalających zrobić wrażenie na kolegach. Napis na okładce głosi, że „to książka dla prawdziwych chłopaków” – ale naprawdę ucieszyć może każdego, kto chciałby sprawdzić się jako majsterkowicz – czy przez chwilę poczuć się badaczem. To propozycja dla młodych duchem i pełnych entuzjazmu.