Czarne, Wołowiec 2026.
Jeszcze raz
To jest tak: autorka wie doskonale, że chodzi po ulicach, po których chodzili jej przodkowie. Czasami – oddaleni o wiele pokoleń (udaje jej się przenieść czytelników na moment aż do siedemnastego wieku, a to nie lada wyczyn w czasach, w których wiedza o rodzinach rzadko wykracza poza pokolenie dziadków lub pradziadków). I teraz zbiera swoje odkrycia, wpisując je w wielką historię – nie po to, żeby się chwalić, a po to, żeby uporządkować dane i przyzwyczaić się do myśli, że dawne zachowania, czyny, przyzwyczajenia lub charaktery mogą odzwierciedlać się u potomnych. Bernadeta Prandzioch to kolejna autorka, która próbuje czytać miejsce przez pryzmat osobistych przemyśleń i domowych opowieści – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Tom „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” to mierzenie się z faktami i mitami, a jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które w zależności od stopnia zradykalizowania rozmówcy przybierać będzie różne wersje.
Historia Śląska została już wiele razy przedstawiona – także w serii Sulina – ale Bernadeta Prandzioch ma na nią własny pomysł. Przygląda się wydarzeniom, które kształtowały miejsce i mentalność ludzi – ale sprawdzając, co w danych czasach robili kolejni przodkowie. Samymi biografiami bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo zaangażowana w relację, nie przyciągnęłaby autorka szerokiego grona odbiorców. Z kolei opowiadaniem jeszcze raz tego samego – w kontekście wielkiej historii – mogłaby wyzwolić co najwyżej znużenie czytelników. Połączenie tych dwóch podejść okazuje się piorunujące: czytelnicy zaczynają kibicować bohaterom książki, którzy funkcjonowali nie zawsze obok wielkiej przeszłości – czasem bezpośrednio ją kształtowali.
Wpisuje się Bernadeta Prandzioch w nurt literatury małych ojczyzn, ale sama unika wielkich słów i wielkich deklaracji. Co więcej: woli podkreślać swoją niepewność, niedookreśloność. Nie wie, czy zasłużyła na to, żeby reprezentować Śląsk – bo być może wybory przodków sprawiły, że dzisiaj nie ma do tego prawa. Z drugiej strony jest tu element dumy – pytanie tylko, czy dumy ze śląskiej tożsamości, czy też raczej ze świadomości, jak kształtowały się losy rodziny. Bernadeta Prandzioch tropi kolejne małżeństwa, przeprowadzki i zawody – sprawdza, czym wsławili się jej przodkowie, a kiedy lepiej byłoby zostawić ich w spokoju. Dzięki temu może uporządkować wiadomości, przedstawić czytelnikom to wszystko, co udało jej się ustalić – a zasób danych ma imponujący. Przyznaje się do bezradności, kiedy nie jest w stanie odtworzyć losów albo charakterów kogoś z przeszłości – wie, że nie da się na podstawie kilku dokumentów wywnioskować wiele więcej niż suche daty – czasami więc przyjdzie jej żałować, że nie udało się naciągnąć na zwierzenia przedstawicieli starszych pokoleń. Przypomina autorka, jak ważne jest rozmawianie z bliskimi i wysłuchiwanie ich historii – historii, które znikną, jeśli się ich w porę nie zbierze i nie ocali. „Zewsząd” to taka właśnie próba ocalania przeszłości dla potomnych – opowieść, której ukrytym nurtem jest duma z korzeni i z możliwości ich poznania. Nie ma znaczenia, do jakiego wniosku autorka dochodzi w kwestii swojej śląskości – bo najbardziej uniwersalne jest tu właśnie dążenie do uratowania wspomnień i losów zwyczajnych ludzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz