Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Wyprawa
Oni dwaj siedzą sobie w ich klubie i nic się nie dzieje. Mogliby wyruszyć na poszukiwanie przygód, ale akurat zgubili fartowną króliczą łapkę, więc woleliby się nie ruszać z miejsca. Ale nie ma obaw, przygoda i tak ich odnajdzie, podobnie jak królicza łapka i jak pirat królik bez jednej łapki. I jak książka wypełniona wątkami do wykorzystania. Zresztą – tu może się pojawić absolutnie wszystko. Na rynek wkracza przebojem nowa seria, w której Andy Griffiths popisuje się wyobraźnią nieskrępowaną żadnymi konwenansami, a Bill Hope dodaje do tego satyryczne ilustracje i prowadzi niemal drugą opowieść, tyle że zamkniętą w rysunkach. „Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda” to pierwsza publikacja w serii, która ma szansę podbić serca najmłodszych fanów absurdu.
Narracja jest zwrotem do „tego drugiego”, do wyprawowego partnera, któremu autor przypomina, czego wspólnie udało się dokonać – i już sam ten zabieg zwraca uwagę na tekst. Na tekst, który w książce sprowadzony jest do niezbędnego minimum, bo ideą tej powieści komiksowej jest przedstawianie czytelnikom wydarzeń w dwóch nurtach – słownym i obrazkowym. Bill Hope celuje w obrazkach satyrycznych, szczególnie dobrze czuje się w prezentowaniu ciekawej mimiki postaci, ale wszystkich fanów serii o domku na drzewie uderzać będzie zmiana skali w rysowaniu – tu ilustrator nie bazgrze i nie tworzy pospiesznych czy pobieżnych scenek, dba o każdy detal i proponuje wielowymiarowe obrazki, z których da się całkiem sporo wyczytać. Bill Hope wydaje się dobrze rozumieć humor Griffithsa i uzupełniać go na swój – wyjątkowy – sposób. W efekcie chociaż w tej opowieści sensu jest tyle samo co w domkach na drzewie – ogląda się ten tom zupełnie inaczej. W Krainie zaginionych rzeczy zdarzyć się może absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, chociaż autor dba o to, żeby pewne motywy powracały – i żeby złożyły się na zamkniętą historię, jakiej poszukują dwaj łowcy przygód. Na planie pojawiają się coraz bardziej abstrakcyjni bohaterowie, w tym rozmaite czarne charaktery – chodzi o to, żeby dzieci nie nudziły się podczas czytania. Andy Griffiths nie boi się wychodzenia poza schematy, tym się bawi i tym zaprasza do książki maluchy. Stawia na ciągłe zaskakiwanie odbiorców i na fundowanie bohaterom (więc – w tym sobie) efektownych i wyzwalających różne uczucia przygód. Doświadczenia z tej książki nikogo nie będą pouczać, nie staną się wzorem ani nawet nie znajdą odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej – tu chodzi wyłącznie o czystą zabawę i to najbardziej może urzec czytelników stale „naprawianych” przez kolejne książki. Rozrywka też jest wartością – i o tym Griffiths pamięta. Na szczęście, bo może dzięki temu pokazać czytelnikom, jak ważne jest korzystanie z wyobraźni w codziennym życiu. Jeśli ta książka ma czegokolwiek uczyć, to właśnie tej swobody twórczej, nieskrępowania w generowaniu kolejnych przygód – i humoru pozbawionego walki. Jest to początek serii, którą warto będzie obserwować na rynku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz