Harperkids, Warszawa 2026.
Ciężka praca
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie pojawiło się urozmaicenie – Czytam sobie sylabami – w narracji poszczególne zgłoski są zaznaczane kontrastującymi kolorami, tak, żeby dzieciom łatwiej było ewentualnie objąć wzrokiem i czytać mniejsze zbitki literowe – i żeby łatwiej przyzwyczaiły się do dzielenia wyrazów na sylaby, zresztą na różne sposoby można ten motyw wykorzystywać, w zależności od potrzeb. Książeczka „Doktor Ola” przygotowana przez Rafała Witka i z ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełło to publikacja szczególnie trafiająca w gust najmłodszych. Autor proponuje tu bowiem opowieść o zabawie, która zamienia się w wielką pracę – przynajmniej dopóki odbiorcy nie mają pojęcia, że bohaterka jest tak naprawdę jedną z nich, małą dziewczynką, która musi jakoś wypełnić czas.
Doktor Ola ma mnóstwo do zrobienia. Przychodzą do niej rozmaici pacjenci, od tych zwyczajnych i ludzkich – Janek spadł z roweru i nabił sobie guza – po groźne drapieżniki (pomocy potrzebuje na przykład tygrys, o czym informuje zaniepokojona zebra). Ani na moment bohaterka nie może się zatrzymać, nie teraz, skoro tyle stworzeń wokół cierpi, a dla wszystkich trzeba mieć lekarstwo i dobre słowo. Doktor Ola pracuje zatem uważnie i szybko, rozwiązuje niekończące się problemy i przy okazji podpowiada dzieciom chcącym iść w jej ślady, jakie możliwości mają.
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie dzieci nie dostaną wyrazów z dwuznakami czy ze zmiękczeniami, co oznacza dla autorów karkołomne czasami wyszukiwanie synonimów nieznanych odbiorcom tylko po to, żeby utrzymać się w ryzach cyklu. Stąd też obecność wyrazów znacznie dłuższych niż te standardowo kojarzone z czytankami dla najmłodszych, a czasami – dziwne nieco zastępniki. W tym wypadku telefon „drynda” (nie może dzwonić, przez zakazany dwuznak, a przecież wydawałoby się to bardziej na miejscu, nawet jeśli dzieci jeszcze nie wiedzą, jak czyta się dwuznaki – poznałyby całe słowo i skojarzyły z tym, co słyszą na co dzień), a na pigułki w gabinecie jest gablota a nie szafka czy szuflada. Będzie tu dużo balsamów (bo nie można przepisać maści) czy eukaliptus – ale to już mniejsze wyzwania niż zderzanie dzieci z synonimami, które nie wydają im się oczywiste. Liczy się dynamika i dobra zabawa bohaterki, a co za tym idzie – także odbiorców. Doktor Ola nie ma czasu na nudę i przekonuje do swoich rozrywek czytelników. Każdy, kto śledzi tekstowe wyjaśnienia, może odpocząć przy obrazkach – Ewa Poklewska-Koziełło proponuje tu dynamiczne scenki, które uwiarygodniają przeżycia Oli i jej pacjentów. Jest to książeczka, która zachęca do czytania zwłaszcza te dzieci, które same bawią się we właścicieli gabinetów lekarskich – nawiązanie do standardowej zabawy najmłodszych sprawdzi się jako lekturowy wabik.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz