Marginesy, Warszawa 2025.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz