Czarne, Wołowiec 2025.
Końce
Marta Madejska jeszcze raz powraca do tematu przeobrażeń ustrojowych, które podręczniki do historii traktują o wiele bardziej bezdusznie niż reporterzy i autorzy wspomnień. „Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji” to książka pełna ludzkich krzywd, rozczarowań i goryczy, pełna bezradności i niezrozumienia dla tego, co konieczne. I, co ważne, mimo upływu czasu, rozpacz bijąca z niektórych opowieści może być wciąż żywa i bardzo przekonująca dla odbiorców. Bo Marta Madejska, jeśli chce zarejestrować reakcje społeczne i doświadczenia, musi pochylić się nad tym, co spotkało zwykłych ludzi, tych najmniej przygotowanych na zmiany. I tak przez wiele tematów i wiele rozdziałów tropi największe klęski, biedę, opowieści o stracie i o niepewnej przyszłości, tej najbliższej. Rozmówcy Marty Madejskiej pamiętają, jak wiele wyrzeczeń kosztowała ich prywatyzacja, jak trudno było się odnaleźć w nowej rzeczywistości i jak liczne upodlenia spotykały ich – albo ich bliskich – w wyniku przemian ustrojowych. Nieważne, czy odwołuje się do wspomnień żon polityków, czy do zwykłych zjadaczy chleba, czy śledzi żale wylewane przez czytelników prasy, czy po prostu nakłania kogoś do zwierzeń po latach – za każdym razem odnajduje w ludzkich historiach echo bezradności i na niej układa całą swoją książkę. Uświadamia dzisiejszym odbiorcom, co oznaczało zamknięcie fabryki, wokół której skupione było całe lokalne życie – co działo się, kiedy pracę tracił nie jeden człowiek, a całe osiedla robotnicze, kiedyś przecież specjalnie przy zakładach pracy organizowane. Teraz zajmuje się losem tych, którzy nie potrafili sobie poradzić albo musieli błyskawicznie znaleźć na siebie nowy pomysł. Napomyka o tych, którzy dostali spore odprawy, ale nie wiedzieli, jak sensownie je zainwestować, więc szybko doprowadzili do bankructwa. Przywołuje lęki rodziców chorych dzieci oraz wyznania tych, którzy nie jedli, bo nie mieli za co. Zestawia ze sobą rosnące ceny i malejące wypłaty. Czasami rejestruje też z góry skazaną na niepowodzenie walkę o firmę. Jest w tym wszystkim świadomość, że nie da się bez takiego – niezamierzonego przecież – poświęcenia przeprowadzić niezbędnych reform, ale też i pewność, że żadne podpowiedzi czy działania edukacyjne nie mogłyby uchronić ludzi przed widmem bezrobocia lub pogorszenia jakości życia. A przecież w tym życiu pojawiają się punkty wspólne i z dzisiejszymi doświadczeniami, sama autorka buduje całkiem rozłożystą opowieść o codzienności odwzorowywanej z łamów „Przyjaciółki” (jeszcze zanim stała się zwykłym pismem rozrywkowym dla pań) – to nie egzotyczny świat, to rzeczywistość, którą jeszcze całkiem spora część społeczeństwa pamięta z własnego życiorysu. „Ostatni gasi światło” to książka napisana z fragmentów, krótkich, wręcz hasłowych spostrzeżeń i migawek – tylko tak da się przeskakiwać między tematami, z których każdy to zestaw dramatów jednostek – tylko tak da się stworzyć obraz, który przypomina, a niekoniecznie kształtuje świadomość transformacji. To książka, która tylko zahacza o pojedyncze historie – zawsze wyjątkowe, chociaż niemal identyczne bez względu na miejsce pracy czy przeżycia i poglądy. Marta Madejska znalazła swój język do opisywania transformacji. I jest to język niezwykły.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
czwartek, 15 stycznia 2026
środa, 14 stycznia 2026
Agnieszka Krawczyk: Znaki naszego losu
Filia, Poznań 2025.
Nad wodą
Dawno nie było u Agnieszki Krawczyk tak bardzo skonfliktowanych bohaterów, wydaje się, że tu wszyscy walczą ze wszystkimi, a cykl Zwyczajna magia – która teraz doczekuje się zamknięcia w postaci trzeciego tomu, „Znaki naszego losu” – to poligon, mimo kojących duszę widoków i przestrzeni. W małej miejscowości wszyscy się znają i wiedzą, że życie w zgodzie pozwoli na osiąganie korzyści, na które nie mają szans walczące jednostki. A jednak znajdą się i tacy, którzy chcą budować swoje szczęście na niepowodzeniu innych. Irena Skierka została od początku wykluczona z lokalnej społeczności, większość chciałaby jej uniemożliwić mieszkanie w obecnym miejscu, a już na pewno – udziały w wieży z zabytkową polichromią. Co prawda Iskierka ma mnóstwo pomysłów na rozwój, może zapewnić pracę okolicznym mieszkańcom, a także zdobywać fundusze na kolejne przedsięwzięcia – jednak w tym wypadku zaszłości biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Przeciwko Irenie staje też jej syn, Rafał – podjudzający sąsiadów, żeby osiągnąć własne korzyści. Michalina i Renata jeszcze pracują razem, ale kończą już swoje obowiązki i powracają do myślenia nad wyjściowymi planami – na chwilę zatrzymały się w Czystej Wodzie, ale nie do końca wiążą z tym miejscem nadzieje na przyszłość. Na szczęście przed każdą z nich otwierają się nowe możliwości, także te sercowe – a przecież żadna w to nie wierzyła.
Przyszłość musi sobie ułożyć także Pola, która boryka się z sercowymi rozczarowaniami i utratą wiary w ludzi – zwłaszcza intrygi matki zaburzają jej spokój. Dziewczyna, która do tej pory nie potrafiła się odnaleźć w nowym środowisku, zyskuje szansę na karierę, której się nie spodziewała. Najbardziej czarnym charakterem wśród wielu kłótliwych postaci staje się pani doktor, która za wszelką cenę chce zarządzać ośrodkiem naukowym – Agnieszka Krawczyk przedstawia swoim czytelniczkom wizję świata, w którym część ustąpi dla świętego spokoju i tylko dlatego, żeby móc budować rzeczywistość na własnych prawach.
Nie ma w tej książce łatwych przepisów na szczęście, chociaż autorka pokazuje, jak wykorzystywać rozmaite okazje i dostosowywać plany do okoliczności. Przypomina odbiorczyniom, że nie zawsze wszystko będzie się układać po ich myśli, ale nie wolno się poddawać i zawsze trzeba próbować spełniać swoje marzenia. W pięknych okolicznościach przyrody rozgrywa się całkiem sporo minidramatów międzyludzkich – a wszystko przez to, że bohaterowie z tego cyklu zapominają o współpracy i empatii, a chcą wywalczyć coś dla siebie. Wprawdzie w takich warunkach raczej trudno o tworzenie emocjonalnych więzi okołomiłosnych, a jednak można i tu znaleźć partnera życiowego i przekonać się, że o wiele łatwiej działać wspólnie.
„Znaki naszego losu” to powieść, która jest zamknięciem charakterystycznego cyklu, raczej nie nadaje się do czytania jako samodzielna powieść – za to spodoba się wszystkim tym, którzy nie przepadają za idealizmem w fabule, za to cenią sobie wielowątkowość na niewielkiej przestrzeni.
Nad wodą
Dawno nie było u Agnieszki Krawczyk tak bardzo skonfliktowanych bohaterów, wydaje się, że tu wszyscy walczą ze wszystkimi, a cykl Zwyczajna magia – która teraz doczekuje się zamknięcia w postaci trzeciego tomu, „Znaki naszego losu” – to poligon, mimo kojących duszę widoków i przestrzeni. W małej miejscowości wszyscy się znają i wiedzą, że życie w zgodzie pozwoli na osiąganie korzyści, na które nie mają szans walczące jednostki. A jednak znajdą się i tacy, którzy chcą budować swoje szczęście na niepowodzeniu innych. Irena Skierka została od początku wykluczona z lokalnej społeczności, większość chciałaby jej uniemożliwić mieszkanie w obecnym miejscu, a już na pewno – udziały w wieży z zabytkową polichromią. Co prawda Iskierka ma mnóstwo pomysłów na rozwój, może zapewnić pracę okolicznym mieszkańcom, a także zdobywać fundusze na kolejne przedsięwzięcia – jednak w tym wypadku zaszłości biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Przeciwko Irenie staje też jej syn, Rafał – podjudzający sąsiadów, żeby osiągnąć własne korzyści. Michalina i Renata jeszcze pracują razem, ale kończą już swoje obowiązki i powracają do myślenia nad wyjściowymi planami – na chwilę zatrzymały się w Czystej Wodzie, ale nie do końca wiążą z tym miejscem nadzieje na przyszłość. Na szczęście przed każdą z nich otwierają się nowe możliwości, także te sercowe – a przecież żadna w to nie wierzyła.
Przyszłość musi sobie ułożyć także Pola, która boryka się z sercowymi rozczarowaniami i utratą wiary w ludzi – zwłaszcza intrygi matki zaburzają jej spokój. Dziewczyna, która do tej pory nie potrafiła się odnaleźć w nowym środowisku, zyskuje szansę na karierę, której się nie spodziewała. Najbardziej czarnym charakterem wśród wielu kłótliwych postaci staje się pani doktor, która za wszelką cenę chce zarządzać ośrodkiem naukowym – Agnieszka Krawczyk przedstawia swoim czytelniczkom wizję świata, w którym część ustąpi dla świętego spokoju i tylko dlatego, żeby móc budować rzeczywistość na własnych prawach.
Nie ma w tej książce łatwych przepisów na szczęście, chociaż autorka pokazuje, jak wykorzystywać rozmaite okazje i dostosowywać plany do okoliczności. Przypomina odbiorczyniom, że nie zawsze wszystko będzie się układać po ich myśli, ale nie wolno się poddawać i zawsze trzeba próbować spełniać swoje marzenia. W pięknych okolicznościach przyrody rozgrywa się całkiem sporo minidramatów międzyludzkich – a wszystko przez to, że bohaterowie z tego cyklu zapominają o współpracy i empatii, a chcą wywalczyć coś dla siebie. Wprawdzie w takich warunkach raczej trudno o tworzenie emocjonalnych więzi okołomiłosnych, a jednak można i tu znaleźć partnera życiowego i przekonać się, że o wiele łatwiej działać wspólnie.
„Znaki naszego losu” to powieść, która jest zamknięciem charakterystycznego cyklu, raczej nie nadaje się do czytania jako samodzielna powieść – za to spodoba się wszystkim tym, którzy nie przepadają za idealizmem w fabule, za to cenią sobie wielowątkowość na niewielkiej przestrzeni.
wtorek, 13 stycznia 2026
Charles Spencer: Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja
Czarne, Wołowiec 2025.
Dzieciństwo
Ten temat nie jest już tabuizowany, chociaż światło dzienne powinien ujrzeć znacznie wcześniej – żeby uniknąć wielu dramatów za murami elitarnych szkół. Charles Spencer teraz, kiedy już nie wywoła sensacji ani skandalu, mierzy się z własnymi wspomnieniami i odkryciami związanymi ze szkołą z internatem – i piekłem, jakie przeżywali mali chłopcy oderwani od swoich rodzin i pozbawieni podstawowej ochrony przed nadużywającymi swojej władzy dorosłymi. „Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja” to zwierzenie i próba ukołysania w sobie skrzywdzonego dziecka, a jednocześnie szokujący (wciąż) reportaż o tym, co przeżywały dzieci, które miały po prostu zdobywać wiedzę i maniery. Charles Spencer zajmuje się przede wszystkim wykroczeniami i krzywdami – rozbija je na tematyczne rozdziały, zaczynając od flagowego już zagadnienia chłosty. Pokazuje, jak można było zapracować na lanie i jak wyglądały wymierzane kary, ale poza odczuciami i reakcjami dzieci (także tych, które po pół wieku wciąż mają na ciele ślady tamtych doświadczeń) przedstawia też perwersyjną przyjemność oprawców. Zależy mu na tym, żeby uświadomić odbiorcom, że chłopcy nie mieli szans na pomoc: nikt nie uwierzyłby im w rewelacje przynoszone ze szkoły, a wśród nauczycieli i wychowawców nie znalazł się żaden zasługujący na zaufanie pedagog. Po karach cielesnych przychodzi czas na opowieści o innych rodzajach znęcania się nad najmłodszymi – to zmuszanie do jedzenia aż do wymiotów, wyśmiewanie wyglądu, a także… nadużycia o charakterze seksualnym. Autor, chociaż nie musi, dzięki układowi tematycznemu może stopniować napięcie. To wszystko, na co dzisiaj wyjątkowo wyczula się społeczeństwo, za murami elitarnej z pozoru szkoły zamieniało się w maltretowanie najmłodszych. Co ważne – Charles Spencer prawie wcale nie zajmuje się relacjami między kolejnymi rocznikami, a przecież sam na początku zostaje przez dyrektorkę oddany pod „opiekę” starszemu prześladowcy i bez wątpienia mógłby dodać wiele na ten temat. Bardziej zależy mu na ocenieniu nauczycieli i opiekunów.
W tej opowieści nie ma miejsca na świat zewnętrzny: nawet jeśli za murami toczy się normalne życie, chłopcy nie mają szans go zaznać, nie dowiedzą się, jak wygląda normalność. Z perspektywy czasu dopiero mogą ocenić ogrom krzywd i komplikacji, które naznaczyły ich egzystencję. I w tym wypadku wcale nie ma znaczenia nazwisko autora – brat księżnej Diany przeżywa to samo, co pozostałe dzieci. Autor tłumaczy, dlaczego posyłanie kilkulatków do szkoły z internatem nie ma racji bytu – ale po opisywanych przez niego przeżyciach i tak stanie się to jasne. Dzięki tak trudnej opowieści – wzbogaconej jeszcze przez komentarze kolegów spotykanych po latach – może przeanalizować własną przeszłość i rozprawić się z demonami. Nie jest to łatwa lektura, ale czytelnicy mogą być na nią przygotowani ze względu na świadomość społeczną i zmiany w mentalności – wyjątkowo wrażliwi na krzywdę dzieci będą tu jednak mieli sporo trudności w śledzeniu historii. Spencer proponuje narrację bardzo staranną, niezależnie od treści dba o zrytmizowane frazy i szczegółowość w opisach. I poza relacjonowaniem rzeczywistości dodaje - co może zrobić z perspektywy czasu - także uwagi na temat znaczenia kolejnych przeżyć na późniejsze życie.
Dzieciństwo
Ten temat nie jest już tabuizowany, chociaż światło dzienne powinien ujrzeć znacznie wcześniej – żeby uniknąć wielu dramatów za murami elitarnych szkół. Charles Spencer teraz, kiedy już nie wywoła sensacji ani skandalu, mierzy się z własnymi wspomnieniami i odkryciami związanymi ze szkołą z internatem – i piekłem, jakie przeżywali mali chłopcy oderwani od swoich rodzin i pozbawieni podstawowej ochrony przed nadużywającymi swojej władzy dorosłymi. „Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja” to zwierzenie i próba ukołysania w sobie skrzywdzonego dziecka, a jednocześnie szokujący (wciąż) reportaż o tym, co przeżywały dzieci, które miały po prostu zdobywać wiedzę i maniery. Charles Spencer zajmuje się przede wszystkim wykroczeniami i krzywdami – rozbija je na tematyczne rozdziały, zaczynając od flagowego już zagadnienia chłosty. Pokazuje, jak można było zapracować na lanie i jak wyglądały wymierzane kary, ale poza odczuciami i reakcjami dzieci (także tych, które po pół wieku wciąż mają na ciele ślady tamtych doświadczeń) przedstawia też perwersyjną przyjemność oprawców. Zależy mu na tym, żeby uświadomić odbiorcom, że chłopcy nie mieli szans na pomoc: nikt nie uwierzyłby im w rewelacje przynoszone ze szkoły, a wśród nauczycieli i wychowawców nie znalazł się żaden zasługujący na zaufanie pedagog. Po karach cielesnych przychodzi czas na opowieści o innych rodzajach znęcania się nad najmłodszymi – to zmuszanie do jedzenia aż do wymiotów, wyśmiewanie wyglądu, a także… nadużycia o charakterze seksualnym. Autor, chociaż nie musi, dzięki układowi tematycznemu może stopniować napięcie. To wszystko, na co dzisiaj wyjątkowo wyczula się społeczeństwo, za murami elitarnej z pozoru szkoły zamieniało się w maltretowanie najmłodszych. Co ważne – Charles Spencer prawie wcale nie zajmuje się relacjami między kolejnymi rocznikami, a przecież sam na początku zostaje przez dyrektorkę oddany pod „opiekę” starszemu prześladowcy i bez wątpienia mógłby dodać wiele na ten temat. Bardziej zależy mu na ocenieniu nauczycieli i opiekunów.
W tej opowieści nie ma miejsca na świat zewnętrzny: nawet jeśli za murami toczy się normalne życie, chłopcy nie mają szans go zaznać, nie dowiedzą się, jak wygląda normalność. Z perspektywy czasu dopiero mogą ocenić ogrom krzywd i komplikacji, które naznaczyły ich egzystencję. I w tym wypadku wcale nie ma znaczenia nazwisko autora – brat księżnej Diany przeżywa to samo, co pozostałe dzieci. Autor tłumaczy, dlaczego posyłanie kilkulatków do szkoły z internatem nie ma racji bytu – ale po opisywanych przez niego przeżyciach i tak stanie się to jasne. Dzięki tak trudnej opowieści – wzbogaconej jeszcze przez komentarze kolegów spotykanych po latach – może przeanalizować własną przeszłość i rozprawić się z demonami. Nie jest to łatwa lektura, ale czytelnicy mogą być na nią przygotowani ze względu na świadomość społeczną i zmiany w mentalności – wyjątkowo wrażliwi na krzywdę dzieci będą tu jednak mieli sporo trudności w śledzeniu historii. Spencer proponuje narrację bardzo staranną, niezależnie od treści dba o zrytmizowane frazy i szczegółowość w opisach. I poza relacjonowaniem rzeczywistości dodaje - co może zrobić z perspektywy czasu - także uwagi na temat znaczenia kolejnych przeżyć na późniejsze życie.
poniedziałek, 12 stycznia 2026
Katarzyna Stoparczyk: Tym. Człowiek szczery na trzy litery
Otwarte, Kraków 2025.
Za uśmiechem
O tej książce na pewno mówiłoby się więcej, gdyby nie smutne okoliczności jej zaistnienia na rynku wydawniczym: Katarzyna Stoparczyk zginęła w wypadku samochodowym po oddaniu tekstu do druku. Sama też nie mogła gromadzić wiadomości dzięki rozmowom z mistrzem humoru, bo ze Stanisławem Tymem przed jego śmiercią spotkała się zaledwie raz. I w efekcie powstał niewielki tom, który budzi spory niedosyt i być może wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby był czas na cyzelowanie szczegółów. A może po prostu założenie było takie, żeby Katarzyna Stoparczyk przygotowała książkę w wersji pop, dla szerokiego grona czytelników, tych, którzy Tyma podziwiali i kojarzyli, ale niekoniecznie mieli ochotę zagłębiać się w zawiłe ścieżki biografii. Czytelnicy, którzy tego twórcę kojarzyli, raczej większość faktów z tomu znają – nie znajdą tu żadnych skandali ani niezwykłości, mało tego – nie znajdą wielu ciekawych epizodów lub pomysłów: w tym celu muszą poszukać albo we wspomnieniach innych satyryków, albo w materiałach cyfrowych. Mało Tyma w Tymie – nawet jeśli to, co jest, jest stworzone z humorem i przyjaźnią.
Nie doczekał się tym razem bohater książki monumentalnej opowieści o życiu i zmaganiach z tworzywem satyrycznym, bo „Tym. Człowiek szczery na trzy litery” to zaledwie jednostronny portret, bazujący na podziwie i sympatii, ale też niepozwalający na odkrycia i olśnienia. Wydaje się, że najwięcej miejsca autorka poświęciła na relacje Stanisława Tyma i Stanisława Barei – wątek to atrakcyjny, zwłaszcza że komedie tego ostatniego wciąż są określane mianem kultowych i funkcjonują w świadomości społecznej – ale szkoda, że w ten sam sposób nie przedstawiała innych dokonań tego artysty. Jest tu Tym-felietonista, jest Tym-prześmiewca, jest Tym-wielbiciel zwierząt, ale nie wynika z tego zbyt dużo dla odbiorców, którzy słyszeli o fenomenie, a rozminęli się pokoleniowo albo i ideowo. Przy tej lekturze ma się często wrażenie, że autorka budowała całe akapity na bazie jednego zdania – którego już potem nie próbowała w żaden sposób weryfikować ani uzupełniać. I tak powstała książka ogólnikowa, książka, którą dobrze się czyta ze względu na przyjemną i udaną narrację, książka bazująca na emocjach odbiorców – ale książka do błyskawicznej i jednokrotnej lektury. Wiadomo, trudno tu oczekiwać czegokolwiek więcej – stała się ta publikacja rodzajem podwójnego pożegnania, a nie źródłem wiedzy na temat życia i twórczości Stanisława Tyma – ale boleśnie zaostrza apetyty na więcej, przy świadomości, że żadne z tego duetu „więcej” nie zaoferuje w dziedzinie lekturowej.
Ale to dobry wstęp do poznawania Stanisława Tyma i do poszukiwania nie tylko anegdot, ale też śladów jego zawodowych wyborów w dziełach, felietonach, wystąpieniach scenicznych i decyzjach filmowych. Człowiek, który wszystkim kojarzy się ze śmiechem, nie może być przecież przedstawiany pomnikowo i ponuro.
Za uśmiechem
O tej książce na pewno mówiłoby się więcej, gdyby nie smutne okoliczności jej zaistnienia na rynku wydawniczym: Katarzyna Stoparczyk zginęła w wypadku samochodowym po oddaniu tekstu do druku. Sama też nie mogła gromadzić wiadomości dzięki rozmowom z mistrzem humoru, bo ze Stanisławem Tymem przed jego śmiercią spotkała się zaledwie raz. I w efekcie powstał niewielki tom, który budzi spory niedosyt i być może wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby był czas na cyzelowanie szczegółów. A może po prostu założenie było takie, żeby Katarzyna Stoparczyk przygotowała książkę w wersji pop, dla szerokiego grona czytelników, tych, którzy Tyma podziwiali i kojarzyli, ale niekoniecznie mieli ochotę zagłębiać się w zawiłe ścieżki biografii. Czytelnicy, którzy tego twórcę kojarzyli, raczej większość faktów z tomu znają – nie znajdą tu żadnych skandali ani niezwykłości, mało tego – nie znajdą wielu ciekawych epizodów lub pomysłów: w tym celu muszą poszukać albo we wspomnieniach innych satyryków, albo w materiałach cyfrowych. Mało Tyma w Tymie – nawet jeśli to, co jest, jest stworzone z humorem i przyjaźnią.
Nie doczekał się tym razem bohater książki monumentalnej opowieści o życiu i zmaganiach z tworzywem satyrycznym, bo „Tym. Człowiek szczery na trzy litery” to zaledwie jednostronny portret, bazujący na podziwie i sympatii, ale też niepozwalający na odkrycia i olśnienia. Wydaje się, że najwięcej miejsca autorka poświęciła na relacje Stanisława Tyma i Stanisława Barei – wątek to atrakcyjny, zwłaszcza że komedie tego ostatniego wciąż są określane mianem kultowych i funkcjonują w świadomości społecznej – ale szkoda, że w ten sam sposób nie przedstawiała innych dokonań tego artysty. Jest tu Tym-felietonista, jest Tym-prześmiewca, jest Tym-wielbiciel zwierząt, ale nie wynika z tego zbyt dużo dla odbiorców, którzy słyszeli o fenomenie, a rozminęli się pokoleniowo albo i ideowo. Przy tej lekturze ma się często wrażenie, że autorka budowała całe akapity na bazie jednego zdania – którego już potem nie próbowała w żaden sposób weryfikować ani uzupełniać. I tak powstała książka ogólnikowa, książka, którą dobrze się czyta ze względu na przyjemną i udaną narrację, książka bazująca na emocjach odbiorców – ale książka do błyskawicznej i jednokrotnej lektury. Wiadomo, trudno tu oczekiwać czegokolwiek więcej – stała się ta publikacja rodzajem podwójnego pożegnania, a nie źródłem wiedzy na temat życia i twórczości Stanisława Tyma – ale boleśnie zaostrza apetyty na więcej, przy świadomości, że żadne z tego duetu „więcej” nie zaoferuje w dziedzinie lekturowej.
Ale to dobry wstęp do poznawania Stanisława Tyma i do poszukiwania nie tylko anegdot, ale też śladów jego zawodowych wyborów w dziełach, felietonach, wystąpieniach scenicznych i decyzjach filmowych. Człowiek, który wszystkim kojarzy się ze śmiechem, nie może być przecież przedstawiany pomnikowo i ponuro.
niedziela, 11 stycznia 2026
Beata i Paweł Pomykalscy: Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku
Bezdroża, Helion, Gliwice 2026.
Poznawanie
Żeby zrozumieć, trzeba najpierw poznać. Dowiedzieć się czegoś o tym, co obce, może odstraszające innością albo niezwykłe z ogólnej perspektywy. I z tego – banalnego przecież – założenia wychodzą Beata i Paweł Pomykalscy, tworząc książkę „Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku”. Świadomi są ograniczeń terytorialno-nomenklaturowych, ale nie jest ich celem pakowanie się w lokalne animozje, raczej – przedstawienie obrazu śląskiej codzienności tak, żeby zrozumieli ją ludzie z innych części kraju. O co chodzi z tym Śląskiem – próbują wytłumaczyć, ale też sami zrozumieć. W tym celu posiłkują się opowieściami swoich dziadków oraz znajomych, którzy chcą podzielić się wspomnieniami, zbierają ciekawostki, fakty i kulturowe obrazy. Zbierają pospiesznie i pobieżnie – na pogłębianie wiedzy przyjdzie jeszcze czas, na razie trzeba uchwycić istotę, zaprosić ludzi do poznawania tajemniczego. „Po szychcie” to opowieść o tym, jak kopalnia wyznacza życie małych społeczności. Autorzy nie tylko przyglądają się pracy pod ziemią (i analizują sytuacje, które mogą doprowadzić do wypadków, nawet przy zachowaniu najwyższych standardów bezpieczeństwa, odwołują się przy tym do przeszłości, żeby zestawiać pracę dawniej i obecnie), ale też informują odbiorców, jak kształtuje ona egzystencję całych rodzin. Bo przecież górnictwo to nie tylko orkiestry budzące osiedla czwartego grudnia (kiedyś normalność, dzisiaj coraz częściej po prostu atrakcja turystyczna) – ale też zestaw zachowań, przyzwyczajeń i trosk. Problem w tym, że większość kraju postrzega ten zawód jako roszczeniowy i niezasługujący na dodatkowe przywileje (społeczna zazdrość zaczęła się w czasach PRL-u i jej źródła Pomykalscy wychwytują) – w tej książce można znaleźć próbę odpowiedzi na pytanie, jaka jest cena udogodnień.
Opowiadają Pomykalscy o tym, jak tworzyło się środowisko przemysłowe na Górnym Śląsku i co zostało z niego dzisiaj. Jak werbowano ludzi do pracy i jaki pomysł na siebie znalazły lokalne zakłady, kiedy nadszedł czas masowego zamykania kopalń i hut. Rozmawiają z ludźmi, którzy stymulują kulturę i życie społeczne w regionie, ale – bardzo wybiórczo. Tak samo zresztą robią, kiedy oprowadzają po atrakcjach Górnego Śląska – wymieniają zaledwie kilka miejsc i kilka miast zasługujących na uwagę, pospiesznie, bez poszerzania analiz i wprowadzania do świadomości czytelników czegoś więcej. Na więcej przyjdzie czas – najpierw trzeba Śląskiem zaintrygować, zachęcić do jego odkrywania i nie przestraszyć (albo – zlikwidować barierę strachu). Co ważne, autorzy nie walczą tu o miłość czytelników. Starają się postawić na obiektywne obrazki, czasem wręcz surowe, z rzadka odwołują się do konkretnych ludzi i ich marzeń – o wiele bardziej inspirujące są dla nich pejzaże i przemiany kulturowe będące następstwem odnalezienia się w industrialnym regionie. Odchodzą od typowych narracji, ale nie od typowych scenek – wyrastają na stereotypach, których wcale nie trzeba obalać czy weryfikować, wystarczy zarejestrować ich istnienie, żeby uzyskać przekonujące oblicze Górnego Śląska. To zdecydowanie opowieść dla ludzi z zewnątrz, ci, którzy Górny Śląsk odkrywają codziennie, nie znajdą tu nic nowego dla siebie. Ale mogą przynajmniej sprawdzić, jak funkcjonuje ta przestrzeń w ludziach zdystansowanych od sentymentów i przyzwyczajeń.
Poznawanie
Żeby zrozumieć, trzeba najpierw poznać. Dowiedzieć się czegoś o tym, co obce, może odstraszające innością albo niezwykłe z ogólnej perspektywy. I z tego – banalnego przecież – założenia wychodzą Beata i Paweł Pomykalscy, tworząc książkę „Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku”. Świadomi są ograniczeń terytorialno-nomenklaturowych, ale nie jest ich celem pakowanie się w lokalne animozje, raczej – przedstawienie obrazu śląskiej codzienności tak, żeby zrozumieli ją ludzie z innych części kraju. O co chodzi z tym Śląskiem – próbują wytłumaczyć, ale też sami zrozumieć. W tym celu posiłkują się opowieściami swoich dziadków oraz znajomych, którzy chcą podzielić się wspomnieniami, zbierają ciekawostki, fakty i kulturowe obrazy. Zbierają pospiesznie i pobieżnie – na pogłębianie wiedzy przyjdzie jeszcze czas, na razie trzeba uchwycić istotę, zaprosić ludzi do poznawania tajemniczego. „Po szychcie” to opowieść o tym, jak kopalnia wyznacza życie małych społeczności. Autorzy nie tylko przyglądają się pracy pod ziemią (i analizują sytuacje, które mogą doprowadzić do wypadków, nawet przy zachowaniu najwyższych standardów bezpieczeństwa, odwołują się przy tym do przeszłości, żeby zestawiać pracę dawniej i obecnie), ale też informują odbiorców, jak kształtuje ona egzystencję całych rodzin. Bo przecież górnictwo to nie tylko orkiestry budzące osiedla czwartego grudnia (kiedyś normalność, dzisiaj coraz częściej po prostu atrakcja turystyczna) – ale też zestaw zachowań, przyzwyczajeń i trosk. Problem w tym, że większość kraju postrzega ten zawód jako roszczeniowy i niezasługujący na dodatkowe przywileje (społeczna zazdrość zaczęła się w czasach PRL-u i jej źródła Pomykalscy wychwytują) – w tej książce można znaleźć próbę odpowiedzi na pytanie, jaka jest cena udogodnień.
Opowiadają Pomykalscy o tym, jak tworzyło się środowisko przemysłowe na Górnym Śląsku i co zostało z niego dzisiaj. Jak werbowano ludzi do pracy i jaki pomysł na siebie znalazły lokalne zakłady, kiedy nadszedł czas masowego zamykania kopalń i hut. Rozmawiają z ludźmi, którzy stymulują kulturę i życie społeczne w regionie, ale – bardzo wybiórczo. Tak samo zresztą robią, kiedy oprowadzają po atrakcjach Górnego Śląska – wymieniają zaledwie kilka miejsc i kilka miast zasługujących na uwagę, pospiesznie, bez poszerzania analiz i wprowadzania do świadomości czytelników czegoś więcej. Na więcej przyjdzie czas – najpierw trzeba Śląskiem zaintrygować, zachęcić do jego odkrywania i nie przestraszyć (albo – zlikwidować barierę strachu). Co ważne, autorzy nie walczą tu o miłość czytelników. Starają się postawić na obiektywne obrazki, czasem wręcz surowe, z rzadka odwołują się do konkretnych ludzi i ich marzeń – o wiele bardziej inspirujące są dla nich pejzaże i przemiany kulturowe będące następstwem odnalezienia się w industrialnym regionie. Odchodzą od typowych narracji, ale nie od typowych scenek – wyrastają na stereotypach, których wcale nie trzeba obalać czy weryfikować, wystarczy zarejestrować ich istnienie, żeby uzyskać przekonujące oblicze Górnego Śląska. To zdecydowanie opowieść dla ludzi z zewnątrz, ci, którzy Górny Śląsk odkrywają codziennie, nie znajdą tu nic nowego dla siebie. Ale mogą przynajmniej sprawdzić, jak funkcjonuje ta przestrzeń w ludziach zdystansowanych od sentymentów i przyzwyczajeń.
sobota, 10 stycznia 2026
Krystyna Mirek: Do trzech razy miłość
Harde, Warszawa 2025.
Pokolenia
Te trzy kobiety mieszkają pod jednym dachem i nigdy do tej pory się nie oszukiwały, ufały sobie i wspierały się wzajemnie. Ale kiedy w grę wchodzi miłość, zwłaszcza taka, która nie spotka się z uznaniem ze strony najbliższych, pojawiają się rozmaite sekrety i niedopowiedzenia. Klara wymyka się z domu, żeby spotykać się z buntownikiem – miejscowym outsiderem z tatuażami, kochającym szybką i niebezpieczną jazdę na motorze (za co zresztą został zesłany na prowincję). Ania jest nauczycielką, bardzo cenioną w małej Bobrówce. Po rozwodzie z mężem nie spotykała się z nikim, teraz jednak znalazła w internecie mężczyznę, przy którym serce bije jej żywiej. Ania wie, że nie powinna się angażować, zwłaszcza że nowy potencjalny ukochany ma sporo sekretów i nie chce nawet powiedzieć, jak naprawdę ma na imię. Łucja z kolei do tej pory była wsparciem dla córki i wnuczki, do tego stopnia, że wyrzuciła z głowy wszelkie myśli o amorach. Ale gdy w okolicy pojawia się pan Wiktor, za którym oglądają się wszystkie emerytki – a do tego okazuje się, że można z nim porozmawiać nie tylko o książkach… Łucja po raz pierwszy ma szansę zrobić coś dla siebie i zamierza z tego skorzystać, bez względu na to, co pomyślą inni. Już zresztą biorą ją na języki. Ale czy pragnienie ubierania się na pomarańczowo zasługuje na potępienie?
Krystyna Mirek przygląda się trzem kobietom, które stoją na progu zakochania albo przynajmniej zauroczenia. Każda z nich ma sporo do stracenia, każda z nich doświadczyła już w życiu wielu przykrości i niekoniecznie chce się narażać na kolejne – i każda wobec miłości staje się idealistką, dla której żadne przeszkody nie istnieją. Równolegle autorka portretuje motywacje mężczyzn z trzech pokoleń – dla jednego obecność wspierającej partnerki to sposób na pozbycie się natrętnych myśli o przeszłości, lepszy i skuteczniejszy niż alkohol. Dla drugiego – szansa na przywrócenie inspiracji i weny w działaniu. Dla trzeciego – dawka adrenaliny i nadzieja na dobrą zabawę. Mężczyźni nie myślą o miłości, podczas gdy kobiety przestają się w tej kwestii okłamywać. Płeć piękna nie ma jednak pojęcia, że to, co dla nich wypada naturalnie i zrozumiale, u mężczyzn ma zupełnie inne konotacje. I tak Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom, jak interpretacje zależą od perspektywy – i jak bardzo można się rozczarować. O Klarę walczą jej rozwiedzeni rodzice, o Łucję – wnuczka, z kolei Ania może liczyć na wsparcie byłego męża. Nikomu nie będzie łatwo i nie wynagrodzi tego nawet obietnica wielkiego uczucia. Autorka przemyca w tej fabule, prostej przecież i szybkiej, zwłaszcza że rozdzielonej na kilka głosów i kilka par – przestrogi dla czytelniczek. Świadoma, że i tak nikt jej nie posłucha, może przynajmniej naświetlić najbardziej stereotypowe sytuacje i sprawić, że odbiorczynie zastanowią się nad swoimi wyborami albo ostrzegą bliskie sobie kobiety pakujące się w podobne co bohaterki problemy. Z nadzieją – chociaż i tak w przypadku zauroczenia zdrowy rozsądek nie dojdzie do głosu. Jest to powieść błyskawiczna i zapowiedź całego cyklu – w sam raz na szybką i rozrywkową lekturę, która jednak wiązać się będzie przynajmniej z odrobiną refleksji nad relacjami międzyludzkimi.
Pokolenia
Te trzy kobiety mieszkają pod jednym dachem i nigdy do tej pory się nie oszukiwały, ufały sobie i wspierały się wzajemnie. Ale kiedy w grę wchodzi miłość, zwłaszcza taka, która nie spotka się z uznaniem ze strony najbliższych, pojawiają się rozmaite sekrety i niedopowiedzenia. Klara wymyka się z domu, żeby spotykać się z buntownikiem – miejscowym outsiderem z tatuażami, kochającym szybką i niebezpieczną jazdę na motorze (za co zresztą został zesłany na prowincję). Ania jest nauczycielką, bardzo cenioną w małej Bobrówce. Po rozwodzie z mężem nie spotykała się z nikim, teraz jednak znalazła w internecie mężczyznę, przy którym serce bije jej żywiej. Ania wie, że nie powinna się angażować, zwłaszcza że nowy potencjalny ukochany ma sporo sekretów i nie chce nawet powiedzieć, jak naprawdę ma na imię. Łucja z kolei do tej pory była wsparciem dla córki i wnuczki, do tego stopnia, że wyrzuciła z głowy wszelkie myśli o amorach. Ale gdy w okolicy pojawia się pan Wiktor, za którym oglądają się wszystkie emerytki – a do tego okazuje się, że można z nim porozmawiać nie tylko o książkach… Łucja po raz pierwszy ma szansę zrobić coś dla siebie i zamierza z tego skorzystać, bez względu na to, co pomyślą inni. Już zresztą biorą ją na języki. Ale czy pragnienie ubierania się na pomarańczowo zasługuje na potępienie?
Krystyna Mirek przygląda się trzem kobietom, które stoją na progu zakochania albo przynajmniej zauroczenia. Każda z nich ma sporo do stracenia, każda z nich doświadczyła już w życiu wielu przykrości i niekoniecznie chce się narażać na kolejne – i każda wobec miłości staje się idealistką, dla której żadne przeszkody nie istnieją. Równolegle autorka portretuje motywacje mężczyzn z trzech pokoleń – dla jednego obecność wspierającej partnerki to sposób na pozbycie się natrętnych myśli o przeszłości, lepszy i skuteczniejszy niż alkohol. Dla drugiego – szansa na przywrócenie inspiracji i weny w działaniu. Dla trzeciego – dawka adrenaliny i nadzieja na dobrą zabawę. Mężczyźni nie myślą o miłości, podczas gdy kobiety przestają się w tej kwestii okłamywać. Płeć piękna nie ma jednak pojęcia, że to, co dla nich wypada naturalnie i zrozumiale, u mężczyzn ma zupełnie inne konotacje. I tak Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom, jak interpretacje zależą od perspektywy – i jak bardzo można się rozczarować. O Klarę walczą jej rozwiedzeni rodzice, o Łucję – wnuczka, z kolei Ania może liczyć na wsparcie byłego męża. Nikomu nie będzie łatwo i nie wynagrodzi tego nawet obietnica wielkiego uczucia. Autorka przemyca w tej fabule, prostej przecież i szybkiej, zwłaszcza że rozdzielonej na kilka głosów i kilka par – przestrogi dla czytelniczek. Świadoma, że i tak nikt jej nie posłucha, może przynajmniej naświetlić najbardziej stereotypowe sytuacje i sprawić, że odbiorczynie zastanowią się nad swoimi wyborami albo ostrzegą bliskie sobie kobiety pakujące się w podobne co bohaterki problemy. Z nadzieją – chociaż i tak w przypadku zauroczenia zdrowy rozsądek nie dojdzie do głosu. Jest to powieść błyskawiczna i zapowiedź całego cyklu – w sam raz na szybką i rozrywkową lekturę, która jednak wiązać się będzie przynajmniej z odrobiną refleksji nad relacjami międzyludzkimi.
piątek, 9 stycznia 2026
Olga Rudnicka: Jedną nogą w grobie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2025.
Zapłata
To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.
Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.
„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.
Zapłata
To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.
Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.
„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.
czwartek, 8 stycznia 2026
Iwona Banach: Instytut
Dragon, Bielsko-Biała 2025.
Głosy
To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.
Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.
Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.
Głosy
To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.
Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.
Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.
środa, 7 stycznia 2026
Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy
Znak, Kraków 2025.
Rozpacz
Nie wiadomo, kim jest ten autor. Chce zachować anonimowość raczej nie dlatego, że to temat ma zwracać na siebie uwagę. Może wstydzi się własnych uczuć, z którymi dzień po dniu rozprawia się na kartach prowadzonego terapeutycznie dziennika, a może wcześniej, w świecie sprzed konfliktu zbrojnego, był kimś zupełnie innym. Jego przeszłość nie ma znaczenia, jego przyszłość jest wielką niewiadomą, zostaje teraźniejszość. A ta bywa trudna albo… jeszcze trudniejsza. Autor mieszkał w „mieście Gaza” (co jakiś czas to określenie pojawia się jak refren, a przecież akcja mogłaby toczyć się w wielu miejscach i z niewielkimi tylko zmianami odnoszącymi się do kulturowych naleciałości), ale za sprawą ewakuacji został zmuszony do wojennej tułaczki. Nie wiadomo, gdzie przebywa – udał się do miejsca, w którym ludzie chcieli przyjąć jego, siostrę i dwa koty. Ma pieniądze – to ważne w wojennej zawierusze, odpada przynajmniej jeden problem związany z walką o przetrwanie. Oszczędności wprawdzie topnieją i co jakiś czas wyzwalają pytanie o uczciwość sprzedawców (którzy windują ceny niemiłosiernie, autor co pewien czas poucza ich, co do nieetyczności takiego zachowania, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje), ale można nie tylko znaleźć pokój na wyłączność z siostrą (podczas gdy w innych miejscach całe rodziny gnieżdżą się w każdym wolnym zakamarku), a też… ratować bezdomne i opuszczone koty. Autor stara się czynić dobro – w tym maleńkim zakresie. Sprowadza do domu kolejne chore kocie biedactwa i szuka dla nich opieki weterynaryjnej oraz lekarstw. Ten aspekt swoich działań podkreśla mocno, zupełnie jakby potrzebował potwierdzenia, że mimo wrogości na zewnątrz – sam jest dobrym człowiekiem. Być może dba w ten sposób o równowagę – bardzo często podkreśla swój strach, bywa, że nie radzi sobie z dramatami we własnej głowie, chociaż na depresję raczej nie cierpi.
Ale cała kreacja jego – autora – nie ma większego znaczenia w obliczu tego, co pokazuje w swoim dzienniku. A pokazuje codzienność cywila w kraju ogarniętym wojną. Zajmuje się więc żegnaniem kolejnych przyjaciół i znajomych (każdemu z tych, którzy umarli, wystawia inną laurkę, żeby upamiętnić ich jako wyjątkowych i żeby jeszcze bardziej podkreślać okrucieństwo wojny, której przypadkowymi ofiarami są najlepsi. Opowiada o własnych sposobach na przetrwanie – kiedy godzinami chodzi po ulicach i sprawdza, czy gdzieś coś da się zdobyć. Rejestruje zachowania ludzi goszczących rodziny z terenów ogarniętych ewakuacją, podkreśla dobroć i sympatyczne gesty, ale odnotowuje też na przykład, jak wojna wpływa na zachowania i reakcje dzieci. Od czasu do czasu sięga do poezji lub piosenek, szuka pokrzepienia w tekstach literackich – ale to dość niewielka rekompensata za utratę normalności. Zadaje sobie autor pytanie, kiedy to się skończy – przeważnie nastawia się na niewielkie odcinki czasu, snuje proste marzenia, co będzie robić, kiedy wróci normalność – tyle że upragniony spokój nie nadchodzi.
I to zestawianie nadziei na normalność z wojenną tułaczką może być dla czytelników najbardziej wstrząsające. W tej książce widać, jak łatwo można stracić to, co najcenniejsze, pielęgnowane i oczywiste. I że może to spotkać wszystkich. Dlatego „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” odbije się szerokim echem w świecie czytelniczym. Opowieści o wojennym bohaterstwie było już mnóstwo – tu liczy się próba przetrwania mimo wszystko i nadzieja, która nie gaśnie.
Wzruszenia mieszczą się w prostych słowach, a niepewność jutra każe inaczej spojrzeć na wygody i plany. „Nie zapomnij nakarmić gołębi” to książka, która pokazuje wpływ wojny na zwyczajność – to zaproszenie do świata, do którego wcale nie chce się wchodzić, ale wejść trzeba, żeby zrozumieć, przemyśleć i nie dopuścić do podobnych sytuacji. Dla autora to wołanie o pomoc. Dla czytelników – mimo wszystko – szansa.
Rozpacz
Nie wiadomo, kim jest ten autor. Chce zachować anonimowość raczej nie dlatego, że to temat ma zwracać na siebie uwagę. Może wstydzi się własnych uczuć, z którymi dzień po dniu rozprawia się na kartach prowadzonego terapeutycznie dziennika, a może wcześniej, w świecie sprzed konfliktu zbrojnego, był kimś zupełnie innym. Jego przeszłość nie ma znaczenia, jego przyszłość jest wielką niewiadomą, zostaje teraźniejszość. A ta bywa trudna albo… jeszcze trudniejsza. Autor mieszkał w „mieście Gaza” (co jakiś czas to określenie pojawia się jak refren, a przecież akcja mogłaby toczyć się w wielu miejscach i z niewielkimi tylko zmianami odnoszącymi się do kulturowych naleciałości), ale za sprawą ewakuacji został zmuszony do wojennej tułaczki. Nie wiadomo, gdzie przebywa – udał się do miejsca, w którym ludzie chcieli przyjąć jego, siostrę i dwa koty. Ma pieniądze – to ważne w wojennej zawierusze, odpada przynajmniej jeden problem związany z walką o przetrwanie. Oszczędności wprawdzie topnieją i co jakiś czas wyzwalają pytanie o uczciwość sprzedawców (którzy windują ceny niemiłosiernie, autor co pewien czas poucza ich, co do nieetyczności takiego zachowania, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje), ale można nie tylko znaleźć pokój na wyłączność z siostrą (podczas gdy w innych miejscach całe rodziny gnieżdżą się w każdym wolnym zakamarku), a też… ratować bezdomne i opuszczone koty. Autor stara się czynić dobro – w tym maleńkim zakresie. Sprowadza do domu kolejne chore kocie biedactwa i szuka dla nich opieki weterynaryjnej oraz lekarstw. Ten aspekt swoich działań podkreśla mocno, zupełnie jakby potrzebował potwierdzenia, że mimo wrogości na zewnątrz – sam jest dobrym człowiekiem. Być może dba w ten sposób o równowagę – bardzo często podkreśla swój strach, bywa, że nie radzi sobie z dramatami we własnej głowie, chociaż na depresję raczej nie cierpi.
Ale cała kreacja jego – autora – nie ma większego znaczenia w obliczu tego, co pokazuje w swoim dzienniku. A pokazuje codzienność cywila w kraju ogarniętym wojną. Zajmuje się więc żegnaniem kolejnych przyjaciół i znajomych (każdemu z tych, którzy umarli, wystawia inną laurkę, żeby upamiętnić ich jako wyjątkowych i żeby jeszcze bardziej podkreślać okrucieństwo wojny, której przypadkowymi ofiarami są najlepsi. Opowiada o własnych sposobach na przetrwanie – kiedy godzinami chodzi po ulicach i sprawdza, czy gdzieś coś da się zdobyć. Rejestruje zachowania ludzi goszczących rodziny z terenów ogarniętych ewakuacją, podkreśla dobroć i sympatyczne gesty, ale odnotowuje też na przykład, jak wojna wpływa na zachowania i reakcje dzieci. Od czasu do czasu sięga do poezji lub piosenek, szuka pokrzepienia w tekstach literackich – ale to dość niewielka rekompensata za utratę normalności. Zadaje sobie autor pytanie, kiedy to się skończy – przeważnie nastawia się na niewielkie odcinki czasu, snuje proste marzenia, co będzie robić, kiedy wróci normalność – tyle że upragniony spokój nie nadchodzi.
I to zestawianie nadziei na normalność z wojenną tułaczką może być dla czytelników najbardziej wstrząsające. W tej książce widać, jak łatwo można stracić to, co najcenniejsze, pielęgnowane i oczywiste. I że może to spotkać wszystkich. Dlatego „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” odbije się szerokim echem w świecie czytelniczym. Opowieści o wojennym bohaterstwie było już mnóstwo – tu liczy się próba przetrwania mimo wszystko i nadzieja, która nie gaśnie.
Wzruszenia mieszczą się w prostych słowach, a niepewność jutra każe inaczej spojrzeć na wygody i plany. „Nie zapomnij nakarmić gołębi” to książka, która pokazuje wpływ wojny na zwyczajność – to zaproszenie do świata, do którego wcale nie chce się wchodzić, ale wejść trzeba, żeby zrozumieć, przemyśleć i nie dopuścić do podobnych sytuacji. Dla autora to wołanie o pomoc. Dla czytelników – mimo wszystko – szansa.
wtorek, 6 stycznia 2026
Marcel Woźniak: Pospieszalscy. Rodzina
Marginesy, Warszawa 2025.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
poniedziałek, 5 stycznia 2026
Mirosława Łomnicka: Domowe biblioteki. Reportaże o prywatnych księgozbiorach. Tom 2
Biblioteka Słów, Biblioteka Analiz, Warszawa 2026.
Na półkach
To było tylko kwestią czasu, żeby podróż po księgozbiorach prywatnych doczekała się uzupełnienia. Mirosława Łomnicka, opisując zestawy książek znajdujących się w kolekcjach swoich rozmówców, rozbudziła apetyty czytelnicze wszystkich kochających lektury – i chociaż publikuje w wydawnictwie dość niszowym, w dodatku – historię z tu i teraz – to jednak trafi do szerokiego grona odbiorców i zachęci ich do samodzielnego budowania osobistych bibliotek.
Różni są w tej książce rozmówcy, ale autorka niespecjalnie przejmuje się tym, czy sięga po nazwiska znane ogółowi odbiorców, nie stara się też wymieniać dokonań ani zasług, tak, żeby nic nie przyćmiewało tego, co najważniejsze, czyli zawartości półek i regałów. Zajrzy do postaci kojarzonych powszechnie, na przykład pisarki, muzyka czy kabareciarza, ale tożsamość bohaterów schodzi na dalszy plan wobec tego, co mają w domach – i właściwie trudno się dziwić, to książka o książkach i o czytaniu, nie ma miejsca na tworzenie życiorysów, nawet pobieżnych. To książki mają mówić o swoich właścicielach, nie odwrotnie. Autorka tworzy reportaże na bazie tego, czego dowiedziała się podczas spotkania i co dostrzegła sama – bo przecież nie oprze się pokusie przeglądania księgozbiorów. Zawsze dba o sprawdzenie, czy istnieje jakiś wyraźny pomysł na kolekcję lub układanie książek, a także – czy bohater rozmowy zastanowił się już, co ze zbiorami stanie się po jego śmierci. Nie odmawia sobie przyjemności sprawdzania, jakie tytuły mają największe znaczenie, czy - które pojawiają się w trudnych chwilach, a które towarzyszyły bohaterom tekstów od zawsze, korzysta z faktu, że może pobyć w wyjątkowych miejscach. Mimochodem dowiaduje się, kto robił półki i gdzie zostały umieszczone, kto książki rozdaje, a kto wynosi do piwnicy te niechciane, kto wie, jak pozbyć się nietrafionego książkowego prezentu, a kto uważa, że trzeba książki mieć, bo kiedyś mogą się przydać. Aż żal, że nie ma w tomie więcej zdjęć księgozbiorów i aranżacji przestrzeni – zwłaszcza kiedy bohaterowie rozmów wyjaśniają, że półki były przygotowywane na wymiar i tak, żeby zmieścić jak najwięcej tomów.
Z jednej strony – techniczne podejście do rosnących zbiorów, które trzeba gdzieś trzymać (skoro chce się je posiadać, niewielu nałogowych czytelników decyduje się na podejście minimalistyczne). Z drugiej strony – zestaw tytułów, na myśl o których czasami chce się powrócić do wybranej lektury i jeszcze raz przeżyć coś, co ona ze sobą niesie. Mirosława Łomnicka zna ludzkie słabości w tej dziedzinie, dlatego też nie wzbrania się przed opowiadaniem o kolejnych źródłach inspiracji rozmówców czy o ich wspomnieniach. Rzadko kiedy liczą się tu książki jako cenne przedmioty i lokata kapitału – chociaż bywa i tak, że osiągają niebotyczne ceny i trzeba je kupować na raty. Przeważnie liczą się silne emocje, jakie ze sobą niosą (zwłaszcza te pierwsze dziecięce lektury, niewznawiane teraz, a dawniej niefrasobliwie oddane komuś młodszemu). W tej publikacji można się zatracić – to opowieść o przygodzie czytania, najpiękniejszej, jaka może się przydarzyć.
Na półkach
To było tylko kwestią czasu, żeby podróż po księgozbiorach prywatnych doczekała się uzupełnienia. Mirosława Łomnicka, opisując zestawy książek znajdujących się w kolekcjach swoich rozmówców, rozbudziła apetyty czytelnicze wszystkich kochających lektury – i chociaż publikuje w wydawnictwie dość niszowym, w dodatku – historię z tu i teraz – to jednak trafi do szerokiego grona odbiorców i zachęci ich do samodzielnego budowania osobistych bibliotek.
Różni są w tej książce rozmówcy, ale autorka niespecjalnie przejmuje się tym, czy sięga po nazwiska znane ogółowi odbiorców, nie stara się też wymieniać dokonań ani zasług, tak, żeby nic nie przyćmiewało tego, co najważniejsze, czyli zawartości półek i regałów. Zajrzy do postaci kojarzonych powszechnie, na przykład pisarki, muzyka czy kabareciarza, ale tożsamość bohaterów schodzi na dalszy plan wobec tego, co mają w domach – i właściwie trudno się dziwić, to książka o książkach i o czytaniu, nie ma miejsca na tworzenie życiorysów, nawet pobieżnych. To książki mają mówić o swoich właścicielach, nie odwrotnie. Autorka tworzy reportaże na bazie tego, czego dowiedziała się podczas spotkania i co dostrzegła sama – bo przecież nie oprze się pokusie przeglądania księgozbiorów. Zawsze dba o sprawdzenie, czy istnieje jakiś wyraźny pomysł na kolekcję lub układanie książek, a także – czy bohater rozmowy zastanowił się już, co ze zbiorami stanie się po jego śmierci. Nie odmawia sobie przyjemności sprawdzania, jakie tytuły mają największe znaczenie, czy - które pojawiają się w trudnych chwilach, a które towarzyszyły bohaterom tekstów od zawsze, korzysta z faktu, że może pobyć w wyjątkowych miejscach. Mimochodem dowiaduje się, kto robił półki i gdzie zostały umieszczone, kto książki rozdaje, a kto wynosi do piwnicy te niechciane, kto wie, jak pozbyć się nietrafionego książkowego prezentu, a kto uważa, że trzeba książki mieć, bo kiedyś mogą się przydać. Aż żal, że nie ma w tomie więcej zdjęć księgozbiorów i aranżacji przestrzeni – zwłaszcza kiedy bohaterowie rozmów wyjaśniają, że półki były przygotowywane na wymiar i tak, żeby zmieścić jak najwięcej tomów.
Z jednej strony – techniczne podejście do rosnących zbiorów, które trzeba gdzieś trzymać (skoro chce się je posiadać, niewielu nałogowych czytelników decyduje się na podejście minimalistyczne). Z drugiej strony – zestaw tytułów, na myśl o których czasami chce się powrócić do wybranej lektury i jeszcze raz przeżyć coś, co ona ze sobą niesie. Mirosława Łomnicka zna ludzkie słabości w tej dziedzinie, dlatego też nie wzbrania się przed opowiadaniem o kolejnych źródłach inspiracji rozmówców czy o ich wspomnieniach. Rzadko kiedy liczą się tu książki jako cenne przedmioty i lokata kapitału – chociaż bywa i tak, że osiągają niebotyczne ceny i trzeba je kupować na raty. Przeważnie liczą się silne emocje, jakie ze sobą niosą (zwłaszcza te pierwsze dziecięce lektury, niewznawiane teraz, a dawniej niefrasobliwie oddane komuś młodszemu). W tej publikacji można się zatracić – to opowieść o przygodzie czytania, najpiękniejszej, jaka może się przydarzyć.
niedziela, 4 stycznia 2026
Laura Knowles: Tajemnice świata. Wszystko, co dziwne i niewyjaśnione na naszej planecie
Kropka, Warszawa 2025.
Niespodzianki
Laura Knowles tworzy picture booka edukacyjnego dla dzieci i młodzieży – ale podchodzi do tego zadania bardzo nietypowo, bo przedstawia w nim przede wszystkim to, co nie do końca zbadane, wyjaśnione czy pewne. „Tajemnice świata” to okazja do odkrywania niespodzianek i zagadek w różnych miejscach na Ziemi. Część z nich już przebrzmiała, część dalej funkcjonuje i zapładnia wyobraźnię zbiorową – trudno się dziwić – wtedy, kiedy brakuje naukowych uzasadnień i komentarzy (albo kiedy są zbyt zawiłe, żeby je przyjąć), w grę zaczyna wchodzić naturalna ludzka skłonność do opowiadania historii. I to owocuje zestawem fantastycznych opowieści. Z jednej strony pojawiają się tu kwestie z dalekiej przeszłości – te od wieków funkcjonujące w przestrzeni publicznej i wykraczające poza lokalne zwyczaje – do takich przypadków zaliczyć można potwora z Loch Ness albo Yeti. O tych stworzeniach każdy słyszał. Z drugiej strony znalazło się miejsce dla znacznie bardziej futurystycznych wizji – jak spotkania z UFO, a także tajemnicze światła z dala od osad ludzkich. Wiele zagadek już zyskało swoje wytłumaczenie, ale bardzo dużo z nich wciąż jeszcze czeka na odkrywcę – i być może to zaintryguje odbiorców tomiku i nakłoni ich do samodzielnego rozwiązywania zagadki. Oczywiście nie ma tu mowy o szerzeniu plotek czy o straszeniu młodych czytelników – chociaż niektóre owoce wyobraźni zbiorowej faktycznie wypadają jak z horrorów – liczą się konkrety połączone z zaskoczeniami nie tylko dla najmłodszych.
Całość utrzymana jest w formie picture booka edukacyjnego – co oznacza, że większą część rozkładówek zajmują obrazki – także „artystyczne wizje” proponowanych przez autorkę tajemnic – to po to, żeby uzmysłowić czytelnikom, o jakich zjawiskach mowa i jak można je postrzegać, a także po to, żeby zapadły im w pamięć i żeby mogli łączyć je z dostępnymi produktami kulturowymi. Ma to spore znaczenie również w przypadku nieoczywistych zagadek – łatwiej je kojarzyć dzięki wizualizacjom. Do obrazków dołączone są podpisy – krótkie, jednoakapitowe komentarze. Kilka takich zestawów: grafika plus komentarz – to wystarczy, żeby wprowadzić w wiedzę odbiorców zestaw kulturowych zdobyczy. Laura Knowles na tym nie poprzestaje: jeśli coś już szczęśliwie udało się rozwiązać, to w ostatnim zestawie uzupełnia wiedzę młodych odbiorców – przedstawia wyjaśnienie tajemnicy i rozwiewa wątpliwości. Zachęca czytelników do zaangażowania się w śledztwa i do samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na prezentowane wyzwania – być może to właśnie oni doprowadzą do znalezienia kolejnych rozwiązań.
Podróż po świecie oznacza różnorodność tematyczną i ciągłe zaskoczenia dla czytelników, nie wiadomo nigdy, gdzie skończy się śledztwo i czy uda się je zamknąć. Odbiorcy będą wyłapywać powiązania między kolejnymi pomysłami i zastanawiać się nad wpływami międzykulturowymi. Do tego – przekonywać się, że jeszcze całkiem sporo czeka na odkrycie. Laura Knowles proponuje kompletnie inny – odwrócony – sposób na poznawanie Ziemi – od strony tego, co jeszcze niepoznane.
Niespodzianki
Laura Knowles tworzy picture booka edukacyjnego dla dzieci i młodzieży – ale podchodzi do tego zadania bardzo nietypowo, bo przedstawia w nim przede wszystkim to, co nie do końca zbadane, wyjaśnione czy pewne. „Tajemnice świata” to okazja do odkrywania niespodzianek i zagadek w różnych miejscach na Ziemi. Część z nich już przebrzmiała, część dalej funkcjonuje i zapładnia wyobraźnię zbiorową – trudno się dziwić – wtedy, kiedy brakuje naukowych uzasadnień i komentarzy (albo kiedy są zbyt zawiłe, żeby je przyjąć), w grę zaczyna wchodzić naturalna ludzka skłonność do opowiadania historii. I to owocuje zestawem fantastycznych opowieści. Z jednej strony pojawiają się tu kwestie z dalekiej przeszłości – te od wieków funkcjonujące w przestrzeni publicznej i wykraczające poza lokalne zwyczaje – do takich przypadków zaliczyć można potwora z Loch Ness albo Yeti. O tych stworzeniach każdy słyszał. Z drugiej strony znalazło się miejsce dla znacznie bardziej futurystycznych wizji – jak spotkania z UFO, a także tajemnicze światła z dala od osad ludzkich. Wiele zagadek już zyskało swoje wytłumaczenie, ale bardzo dużo z nich wciąż jeszcze czeka na odkrywcę – i być może to zaintryguje odbiorców tomiku i nakłoni ich do samodzielnego rozwiązywania zagadki. Oczywiście nie ma tu mowy o szerzeniu plotek czy o straszeniu młodych czytelników – chociaż niektóre owoce wyobraźni zbiorowej faktycznie wypadają jak z horrorów – liczą się konkrety połączone z zaskoczeniami nie tylko dla najmłodszych.
Całość utrzymana jest w formie picture booka edukacyjnego – co oznacza, że większą część rozkładówek zajmują obrazki – także „artystyczne wizje” proponowanych przez autorkę tajemnic – to po to, żeby uzmysłowić czytelnikom, o jakich zjawiskach mowa i jak można je postrzegać, a także po to, żeby zapadły im w pamięć i żeby mogli łączyć je z dostępnymi produktami kulturowymi. Ma to spore znaczenie również w przypadku nieoczywistych zagadek – łatwiej je kojarzyć dzięki wizualizacjom. Do obrazków dołączone są podpisy – krótkie, jednoakapitowe komentarze. Kilka takich zestawów: grafika plus komentarz – to wystarczy, żeby wprowadzić w wiedzę odbiorców zestaw kulturowych zdobyczy. Laura Knowles na tym nie poprzestaje: jeśli coś już szczęśliwie udało się rozwiązać, to w ostatnim zestawie uzupełnia wiedzę młodych odbiorców – przedstawia wyjaśnienie tajemnicy i rozwiewa wątpliwości. Zachęca czytelników do zaangażowania się w śledztwa i do samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na prezentowane wyzwania – być może to właśnie oni doprowadzą do znalezienia kolejnych rozwiązań.
Podróż po świecie oznacza różnorodność tematyczną i ciągłe zaskoczenia dla czytelników, nie wiadomo nigdy, gdzie skończy się śledztwo i czy uda się je zamknąć. Odbiorcy będą wyłapywać powiązania między kolejnymi pomysłami i zastanawiać się nad wpływami międzykulturowymi. Do tego – przekonywać się, że jeszcze całkiem sporo czeka na odkrycie. Laura Knowles proponuje kompletnie inny – odwrócony – sposób na poznawanie Ziemi – od strony tego, co jeszcze niepoznane.
sobota, 3 stycznia 2026
E. Lockhart: Rozpadliśmy się
Poradnia K, Warszawa 2025.
Odkrywanie siebie
Matilda musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Żeby żyć w zgodzie ze sobą, potrzebuje oparcia – a ponieważ nie może tego uzyskać od matki, kieruje się w stronę nieznanego do tej pory ojca, wielkiego artysty, którego dzieła sprzedają się za rekordowe kwoty. Udaje jej się nawiązać kontakt i otrzymuje zaproszenie na tajemniczą prywatną wyspę – do miejsca, w którym większość zwykłych ludzi nie ma szans się zjawić. Matilda nie boi się wyzwań, zresztą sama zapoczątkowała bieg wydarzeń, dlatego też z radością dociera na spotkanie. Ale na miejscu przekonuje się, że ojca nie zastała. W zamian za to spotyka się z mniej lub bardziej zawoalowaną agresją ze strony trojga mieszkańców. Przemoc psychiczna objawia się na różne sposoby, ale najważniejsze dla młodej kobiety jest stanięcie oko w oko z ojcem. A do tego ciągle nie dochodzi.
„Rozpadliśmy się” to powieść, którą E. Lockhart pisze trochę w kontynuacji serii o łgarzach, co oznacza, że fani cyklu na pewno znajdą tu kilka tropów dla siebie. Jednak ta książka funkcjonuje jako zupełnie oderwana od serii powieść – da się ją czytać bez znajomości całego uniwersum. Matilda przedstawia czytelnikom kolejne etapy pobytu w odludnym miejscu i rozkwit relacji z rówieśnikami – z każdą rozmową dowiaduje się czegoś nowego na temat ojca i zasad panujących w nowym miejscu. O azylu nie ma tu mowy, a każdy dzień to nowe wyzwanie. Nie dość, że bohaterka traci już pierwszego dnia kontakt ze światem zewnętrznym – na wyspie dostęp do internetu jest reglamentowany, a urządzenia pozwalające nawiązać łączność – są konfiskowane bez wiedzy i zgody właścicieli i wydzielane na kilka określonych chwil – to jeszcze nikt nie chce udzielić jej potrzebnych informacji. Kolejne zagrożenie płynie już ze strony mikstur, które bez przerwy przyrządzają miejscowi – nie wiadomo, do czego służą, a aplikowanie ich również nie ma wiele wspólnego z uzyskiwaniem zgody. Matilda próbuje się czegoś dowiedzieć, najczęściej – dzięki rozmowom z chłopakami. Jeden z nich bardzo jej się podoba, chociaż sam walczy z uczuciem – nie chce przyjąć do wiadomości, że mógłby stać się od kogoś zależny.
E. Lockhart decyduje się na nietypową narrację, pełną niepokoju, mroku oraz zagadek – co jakiś czas bohaterka przechodzi z opowiadania o tym, co się dzieje, prozą na wiersze – białe i płynnie przejmujące historię. To automatycznie przenosi uwagę czytelników z treści na formę, pokazuje, jak wiele można zdziałać, kiedy odpowiednio ułoży się konstrukcje słowne – tu sposób prowadzenia opowieści prowadzi do przenoszenia znaczeń, akcentowania roli słowa w tworzeniu świata – i modyfikowaniu obserwacji samych postaci. „Rozpadliśmy się” to wyzwanie – nietypowe przez pomysł na prezentowanie fabuły, ale też ze względu na rozwój akcji – tu każde kolejne odkrycie będzie szokiem i zamiast kojącego poznania dostarczy odbiorcom kolejnych niespodzianek. Lockhart dobrze wychodzi na rezygnowaniu ze schematów fabularnych – i dobrze sobie radzi z nadawaniem tej treści oryginalnej formy.
Odkrywanie siebie
Matilda musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Żeby żyć w zgodzie ze sobą, potrzebuje oparcia – a ponieważ nie może tego uzyskać od matki, kieruje się w stronę nieznanego do tej pory ojca, wielkiego artysty, którego dzieła sprzedają się za rekordowe kwoty. Udaje jej się nawiązać kontakt i otrzymuje zaproszenie na tajemniczą prywatną wyspę – do miejsca, w którym większość zwykłych ludzi nie ma szans się zjawić. Matilda nie boi się wyzwań, zresztą sama zapoczątkowała bieg wydarzeń, dlatego też z radością dociera na spotkanie. Ale na miejscu przekonuje się, że ojca nie zastała. W zamian za to spotyka się z mniej lub bardziej zawoalowaną agresją ze strony trojga mieszkańców. Przemoc psychiczna objawia się na różne sposoby, ale najważniejsze dla młodej kobiety jest stanięcie oko w oko z ojcem. A do tego ciągle nie dochodzi.
„Rozpadliśmy się” to powieść, którą E. Lockhart pisze trochę w kontynuacji serii o łgarzach, co oznacza, że fani cyklu na pewno znajdą tu kilka tropów dla siebie. Jednak ta książka funkcjonuje jako zupełnie oderwana od serii powieść – da się ją czytać bez znajomości całego uniwersum. Matilda przedstawia czytelnikom kolejne etapy pobytu w odludnym miejscu i rozkwit relacji z rówieśnikami – z każdą rozmową dowiaduje się czegoś nowego na temat ojca i zasad panujących w nowym miejscu. O azylu nie ma tu mowy, a każdy dzień to nowe wyzwanie. Nie dość, że bohaterka traci już pierwszego dnia kontakt ze światem zewnętrznym – na wyspie dostęp do internetu jest reglamentowany, a urządzenia pozwalające nawiązać łączność – są konfiskowane bez wiedzy i zgody właścicieli i wydzielane na kilka określonych chwil – to jeszcze nikt nie chce udzielić jej potrzebnych informacji. Kolejne zagrożenie płynie już ze strony mikstur, które bez przerwy przyrządzają miejscowi – nie wiadomo, do czego służą, a aplikowanie ich również nie ma wiele wspólnego z uzyskiwaniem zgody. Matilda próbuje się czegoś dowiedzieć, najczęściej – dzięki rozmowom z chłopakami. Jeden z nich bardzo jej się podoba, chociaż sam walczy z uczuciem – nie chce przyjąć do wiadomości, że mógłby stać się od kogoś zależny.
E. Lockhart decyduje się na nietypową narrację, pełną niepokoju, mroku oraz zagadek – co jakiś czas bohaterka przechodzi z opowiadania o tym, co się dzieje, prozą na wiersze – białe i płynnie przejmujące historię. To automatycznie przenosi uwagę czytelników z treści na formę, pokazuje, jak wiele można zdziałać, kiedy odpowiednio ułoży się konstrukcje słowne – tu sposób prowadzenia opowieści prowadzi do przenoszenia znaczeń, akcentowania roli słowa w tworzeniu świata – i modyfikowaniu obserwacji samych postaci. „Rozpadliśmy się” to wyzwanie – nietypowe przez pomysł na prezentowanie fabuły, ale też ze względu na rozwój akcji – tu każde kolejne odkrycie będzie szokiem i zamiast kojącego poznania dostarczy odbiorcom kolejnych niespodzianek. Lockhart dobrze wychodzi na rezygnowaniu ze schematów fabularnych – i dobrze sobie radzi z nadawaniem tej treści oryginalnej formy.
piątek, 2 stycznia 2026
Katy Hessel: Sztuka twórczego życia. 366 inspiracji od artystek i artystów, by żyć kreatywnie każdego dnia
Marginesy, Warszawa 2025.
Obcowanie ze sztuką
Katy Hessel próbuje zainspirować czytelników do zainteresowania się sztuką i zachęcić ich do świadomego poznawania kolejnych dzieł. „Sztuka twórczego życia” to rodzaj kreatywnego poradnika rozpisanego na 366 dni – jeśli odbiorcy nie chcą zbyt dużo czasu poświęcać na lekturę, wystarczy im pięć minut dziennie, żeby wprowadzić potrzebne zmiany do swoich przyzwyczajeń. „Sztuka twórczego życia” odpowiada na pytanie, po co interesować się dziełami sztuki i aktywnie uczestniczyć w kulturze, a także pokazuje, jak to robić i podsuwa sporo nazwisk. Autorka układa cały program dla odbiorców. Każdy miesiąc ma jeden nadrzędny temat, co trochę pozwala zachować dyscyplinę pisania i uniknąć barier w tworzeniu samej publikacji, ale nie zawsze narzuca się podczas lektury. Hasło przewodnie przypomina o konieczności skupienia się na dziełach – i na sposobach przeżywania.
Każdy dzień roku konstrukcyjnie wygląda podobnie. Najpierw cytat wyjęty z wypowiedzi wybranej artystki (bo częściej na kobiety Katy Hessel zwraca uwagę). Nie zawsze to cytaty w formie aforyzmów, czasem po prostu refleksje dotyczące twórczości albo podejścia do tworzenia, wyznania i komentarze do rzeczywistości – ale o wymiarze uniwersalnym. Ponieważ autorka sięga najczęściej po nazwiska mniej znane (chociaż robi wyjątki, prawdopodobnie w momentach, w których brakuje jej już inspirującej zachęty do działania i kończy się paleta postaci-wzorów), dodaje krótkie notki biograficzne o każdym twórcy – i tu nie pomija nikogo, jest to zabieg przydatny zwłaszcza wtedy, kiedy z książki korzysta się nielinearnie. Podaje własny komentarz do wybranych treści. I kończy ów komentarz specjalnym zadaniem, wyzwaniem dla czytelników. Wyzwanie przeważnie polega na przyjrzeniu się narzędziom albo technikom twórczym, na przeanalizowaniu dzieła, na zatrzymaniu się na chwilę na samym procesie odbioru. To jednocześnie sposób na wzbogacenie własnej świadomości o kolejne obrazy czy rzeźby, nazwiska i biografie – ale też szansa na nauczenie się jak podchodzić do artystycznych wizji. Z tej książki czytelnicy mogą się wiele dowiedzieć – i na pewno zaczną zwracać większą uwagę na twórczość wokół nich. Sam zestaw poleceń pokazuje jednoznacznie, że lepiej tę książkę czytać w sposób zalecany przez autorkę – traktować ją jako drogowskaz na każdy dzień, inaczej w pewnym momencie zacznie nużyć. Za to jeśli będzie się podążać za podpowiedziami autorki, można zyskać rozeznanie w galerii współczesnych artystów. Poznawanie dzieł za pomocą reprodukcji jest tu możliwe, przynajmniej w kilku wypadkach – pojawiają się czarno-białe zdjęcia, które być może zachęcą czytelników do dalszych poszukiwań wiadomości.
Katy Hessel nie namawia odbiorców do samodzielnego tworzenia – raczej pozwala zrozumieć tych, którzy sztukę tworzą – jeśli więc ktoś potrzebuje wsparcia w pokonywaniu blokad twórczych, będzie musiał sięgnąć po inne kreatywne poradniki. Ale każdy, kto chce zmienić coś w swoim życiu i potrzebuje inspiracji oraz zachęty do działania, a jednocześnie nie zamierza zbyt wiele poświęcać, może się tu odnaleźć.
Obcowanie ze sztuką
Katy Hessel próbuje zainspirować czytelników do zainteresowania się sztuką i zachęcić ich do świadomego poznawania kolejnych dzieł. „Sztuka twórczego życia” to rodzaj kreatywnego poradnika rozpisanego na 366 dni – jeśli odbiorcy nie chcą zbyt dużo czasu poświęcać na lekturę, wystarczy im pięć minut dziennie, żeby wprowadzić potrzebne zmiany do swoich przyzwyczajeń. „Sztuka twórczego życia” odpowiada na pytanie, po co interesować się dziełami sztuki i aktywnie uczestniczyć w kulturze, a także pokazuje, jak to robić i podsuwa sporo nazwisk. Autorka układa cały program dla odbiorców. Każdy miesiąc ma jeden nadrzędny temat, co trochę pozwala zachować dyscyplinę pisania i uniknąć barier w tworzeniu samej publikacji, ale nie zawsze narzuca się podczas lektury. Hasło przewodnie przypomina o konieczności skupienia się na dziełach – i na sposobach przeżywania.
Każdy dzień roku konstrukcyjnie wygląda podobnie. Najpierw cytat wyjęty z wypowiedzi wybranej artystki (bo częściej na kobiety Katy Hessel zwraca uwagę). Nie zawsze to cytaty w formie aforyzmów, czasem po prostu refleksje dotyczące twórczości albo podejścia do tworzenia, wyznania i komentarze do rzeczywistości – ale o wymiarze uniwersalnym. Ponieważ autorka sięga najczęściej po nazwiska mniej znane (chociaż robi wyjątki, prawdopodobnie w momentach, w których brakuje jej już inspirującej zachęty do działania i kończy się paleta postaci-wzorów), dodaje krótkie notki biograficzne o każdym twórcy – i tu nie pomija nikogo, jest to zabieg przydatny zwłaszcza wtedy, kiedy z książki korzysta się nielinearnie. Podaje własny komentarz do wybranych treści. I kończy ów komentarz specjalnym zadaniem, wyzwaniem dla czytelników. Wyzwanie przeważnie polega na przyjrzeniu się narzędziom albo technikom twórczym, na przeanalizowaniu dzieła, na zatrzymaniu się na chwilę na samym procesie odbioru. To jednocześnie sposób na wzbogacenie własnej świadomości o kolejne obrazy czy rzeźby, nazwiska i biografie – ale też szansa na nauczenie się jak podchodzić do artystycznych wizji. Z tej książki czytelnicy mogą się wiele dowiedzieć – i na pewno zaczną zwracać większą uwagę na twórczość wokół nich. Sam zestaw poleceń pokazuje jednoznacznie, że lepiej tę książkę czytać w sposób zalecany przez autorkę – traktować ją jako drogowskaz na każdy dzień, inaczej w pewnym momencie zacznie nużyć. Za to jeśli będzie się podążać za podpowiedziami autorki, można zyskać rozeznanie w galerii współczesnych artystów. Poznawanie dzieł za pomocą reprodukcji jest tu możliwe, przynajmniej w kilku wypadkach – pojawiają się czarno-białe zdjęcia, które być może zachęcą czytelników do dalszych poszukiwań wiadomości.
Katy Hessel nie namawia odbiorców do samodzielnego tworzenia – raczej pozwala zrozumieć tych, którzy sztukę tworzą – jeśli więc ktoś potrzebuje wsparcia w pokonywaniu blokad twórczych, będzie musiał sięgnąć po inne kreatywne poradniki. Ale każdy, kto chce zmienić coś w swoim życiu i potrzebuje inspiracji oraz zachęty do działania, a jednocześnie nie zamierza zbyt wiele poświęcać, może się tu odnaleźć.
czwartek, 1 stycznia 2026
Feluś i Gucio grają w pary
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Skojarzenia
Niewielkie pudełko z zestawem kart – to kolejna przygoda pozwalająca dzieciom na rozwijanie i trenowanie umiejętności, spostrzegawczości, skojarzeń i mówienia, w zależności od tego, jakie rozwiązanie wybiorą inicjatorzy gry, czyli rodzice albo animatorzy. „Feluś i Gucio grają w pary” to propozycja dla dzieci powyżej trzeciego roku życia – i umożliwiająca zróżnicowane rodzaje rozrywek. Mamy tu talię złożoną z 48 kart. Na ośmiu są kolory i kategorie, cała reszta to podwójne przedmioty (duży i mały), więc 80 rzeczy, które można wykorzystać do zabawy. I jak to przeważnie bywa w propozycjach growych Naszej Księgarni, można posłużyć się podpowiedzią (z dopasowaniem stopnia trudności do wieku odbiorców), albo wykorzystywać karty do tworzenia własnych reguł. Dzieci mają dopasowywać przedmioty na kartach (duży do małego, pod względem kolorów albo tematów) – w jaki sposób będzie się dobierać karty, to już zależy od samych graczy. Gra dopuszcza do sześciu uczestników, więc można zagospodarować czas całkiem sporej grupce maluchów.
W zależności od tego, co chce się ćwiczyć, można się koncentrować na zapamiętywaniu motywów, na dopasowywaniu i kojarzeniu par, na ćwiczeniu kolorów, na uczeniu się nazw, na treningu logicznego myślenia. Może zatem gra rozwijać słownictwo i spostrzegawczość, pozwoli testować refleks i umiejętności społeczne – bo przecież już samo uczestnictwo w grze nie pozostanie bez znaczenia dla najmłodszych. Dzieci skuszą się być może na formę gry – zabawa kartami to coś, co wypada dorośle, więc przypadnie do gustu maluchom. Podobnie jak obecność w tych motywach bohaterów z lubianej serii – Feluś i Gucio to postacie, które zachęcają do podjęcia wysiłku intelektualnego. Co ciekawe, twórcy gry podpowiadają też, że karty kolorów nadają się do rozszerzenia zabawy poza świat gry – można wskazywać przedmioty z najbliższego otoczenia i dopasowywać je do karty, którą właśnie się wylosowało. Możliwości jest znacznie więcej niż te wskazane w broszurce z instrukcją, liczy się tu kreatywność odbiorców – którzy dostaną do ręki zestaw pomocy „naukowych”. Co ciekawe, na kartach są kolorystyczne podpowiedzi (w postaci barw i ramek), więc co bardziej spostrzegawcze i sprytne maluchy mogą ułatwić sobie zadanie, korzystając z tych wskazówek – to również będzie sygnał ich możliwości intelektualnych. Ta gra jest urozmaiceniem rozrywek i zapewnieniem dzieciom wyzwania, może się spodobać odbiorcom, którzy cenią sobie proste i przejrzyste zasady. Tutaj da się bawić na różne sposoby, a każda zabawa będzie prowadzić do rozwijania umiejętności dziecka – więc dorośli docenią taki sposób zajmowania kilkulatków. Talię kart na końcu zamyka się w zgrabnym i estetycznym pudełku, nie ma więc obaw, że coś się zgubi.
Skojarzenia
Niewielkie pudełko z zestawem kart – to kolejna przygoda pozwalająca dzieciom na rozwijanie i trenowanie umiejętności, spostrzegawczości, skojarzeń i mówienia, w zależności od tego, jakie rozwiązanie wybiorą inicjatorzy gry, czyli rodzice albo animatorzy. „Feluś i Gucio grają w pary” to propozycja dla dzieci powyżej trzeciego roku życia – i umożliwiająca zróżnicowane rodzaje rozrywek. Mamy tu talię złożoną z 48 kart. Na ośmiu są kolory i kategorie, cała reszta to podwójne przedmioty (duży i mały), więc 80 rzeczy, które można wykorzystać do zabawy. I jak to przeważnie bywa w propozycjach growych Naszej Księgarni, można posłużyć się podpowiedzią (z dopasowaniem stopnia trudności do wieku odbiorców), albo wykorzystywać karty do tworzenia własnych reguł. Dzieci mają dopasowywać przedmioty na kartach (duży do małego, pod względem kolorów albo tematów) – w jaki sposób będzie się dobierać karty, to już zależy od samych graczy. Gra dopuszcza do sześciu uczestników, więc można zagospodarować czas całkiem sporej grupce maluchów.
W zależności od tego, co chce się ćwiczyć, można się koncentrować na zapamiętywaniu motywów, na dopasowywaniu i kojarzeniu par, na ćwiczeniu kolorów, na uczeniu się nazw, na treningu logicznego myślenia. Może zatem gra rozwijać słownictwo i spostrzegawczość, pozwoli testować refleks i umiejętności społeczne – bo przecież już samo uczestnictwo w grze nie pozostanie bez znaczenia dla najmłodszych. Dzieci skuszą się być może na formę gry – zabawa kartami to coś, co wypada dorośle, więc przypadnie do gustu maluchom. Podobnie jak obecność w tych motywach bohaterów z lubianej serii – Feluś i Gucio to postacie, które zachęcają do podjęcia wysiłku intelektualnego. Co ciekawe, twórcy gry podpowiadają też, że karty kolorów nadają się do rozszerzenia zabawy poza świat gry – można wskazywać przedmioty z najbliższego otoczenia i dopasowywać je do karty, którą właśnie się wylosowało. Możliwości jest znacznie więcej niż te wskazane w broszurce z instrukcją, liczy się tu kreatywność odbiorców – którzy dostaną do ręki zestaw pomocy „naukowych”. Co ciekawe, na kartach są kolorystyczne podpowiedzi (w postaci barw i ramek), więc co bardziej spostrzegawcze i sprytne maluchy mogą ułatwić sobie zadanie, korzystając z tych wskazówek – to również będzie sygnał ich możliwości intelektualnych. Ta gra jest urozmaiceniem rozrywek i zapewnieniem dzieciom wyzwania, może się spodobać odbiorcom, którzy cenią sobie proste i przejrzyste zasady. Tutaj da się bawić na różne sposoby, a każda zabawa będzie prowadzić do rozwijania umiejętności dziecka – więc dorośli docenią taki sposób zajmowania kilkulatków. Talię kart na końcu zamyka się w zgrabnym i estetycznym pudełku, nie ma więc obaw, że coś się zgubi.